Slider

30.05.2011

Dieta śródziemnomorska kulturowym dziedzictwem ludzkości…

…. tak postanowił Międzyrządowy Komitet UNESCO dla zachowania niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości, który zebrał się w listopadzie 2010 r. w Nairobi i wpisał dietę śródziemnomorską na swoją prestiżową listę. Wydarzenie na pewno bez precedensu. Nie często sprawy żywności i jedzenia uzyskują tak wysokie kulturowe wyróżnienie. Zaskakujące? A niby dlaczego. W końcu o kulturze możemy mówić wszędzie tam, gdzie człowiek coś tworzy i kreuje, przeobraża to, co znajduje w naturze. A w przypadku żywności jak w żadnym innym wymiarze naszego życia kreujemy, selekcjonujemy i przetwarzamy na gigantyczną wprost skalę. To co jemy i jak jemy jest przejawem naszego kulturowego kodu, elementem naszej regionalnej, narodowej bądź kontynentalnej tożsamości. Podobnie jak obraz czy muzyka żywność i jej kompozycja stają się wyrazem naszej wrażliwości, upodobań i smaku. Ba! Nawet tutaj możemy rozróżnić tzw. „kulturę masową” i „kulturę wysoką”.

To, że wyróżniona została właśnie dieta śródziemnomorska jakoś szczególnie mnie nie dziwi. Nie chodzi tylko o jej powszechnie znany walor zdrowotny czy smakowy, ale przede wszystkim o szczególny wpływ, jaki w krajach basenu Morza Śródziemnomorskiego wytwarzanie żywności i przygotowywanie oraz spożywanie posiłków wywiera na tamtejszy model życia, tworząc pewien charakterystyczny wzorzec kulturowy. Nie przez przypadek zresztą słowo „dieta” pochodzi od greckiego diaita, które oznacza właśnie styl życia.

Patrzenie na żywność, jak na dobro kulturowe widać doskonale we Włoszech – kraju, w  którym miałam przyjemność żyć przez długi czas i który obok Grecji, Hiszpanii i Maroka wnioskował o prestiżowy tytuł UNESCO. Jedzenie ma tam swoją odrębną filozofię. Jest społecznie doniosłym rytuałem. Jest częścią narodowej kultury i widać to dosłownie na każdym kroku. Włosi mają przykładowo najwięcej w Europie zarejestrowanych specjałów w ramach unijnego systemu ochrony regionalnych i tradycyjnych produktów noszących tzw. oznaczenia geograficzne i chronione nazwy pochodzenia. I podczas gdy w Polsce wciąż jeszcze niewiele osób wie, czym w ogóle ten system jest (można o nim poczytać np. tu), we Włoszech słowo „dop” (skrót od chronionej nazwy pochodzenia – denominazione d’origine protetta) weszło na stałe do potocznego języka na oznaczenie rzeczy wysokiej jakości (nie tylko zresztą żywności).

O szczególnym we Włoszech podejściu do żywności miałam okazję przekonać się także podczas mojej ostatniej krótkiej wizyty, kiedy to wstępując na jeden z tamtejszych uniwersytetów, natknęłam się na konferencję pt. „Żywność jako dobro kulturowe i czynnik integracji pomiędzy różnymi kulturami”. I wcale nie działo się to na wydziale kulturoznawstwa ani nauk o żywieniu, ale na wydziale prawa. I jakież ciekawe spostrzeżenia poczyniono tam na temat jedzenia, kultury i prawa! Mowa była m.in. o tym, jak wypracowana przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości i podstawowa dla handlu w ramach Unii (żywnością i nie tylko) zasada wzajemnego uznania dała obywatelom Unii możliwość wzajemnego poznawania swoich żywieniowych i żywnościowych tradycji. Zgodnie z tą zasadą, żadne państwo członkowskie nie może – co do reguły – zakazać wprowadzania na swój rynek danego produktu tylko dlatego, że różni się on pod względem swoich właściwości od tak samo nazwanego rodzimego produktu. Zazwyczaj dostrzega się tylko wymiar gospodarczy tej zasady tj. jej wpływ na integrację ekonomiczną Unii Europejskiej (poprzez zwiększenie swobody przepływu towarów). Włosi dopatrzyli się jednak także jej skutków w wymiarze integracji kulturowej. Oto bowiem osoby zamieszkujące jeden kraj Unii, bez ruszania się z domu, mają możliwość poznania specjałów, a tym samym kultury, innych krajów. Rzecz na pozór oczywista, ale znamiennym jest, że zwróciła na to uwagę akurat nauka włoska i to nie kulturoznawcy, ale prawnicy.

{ 6 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Pjaj Maj 30, 2011 o 23:11

Znakomity wpis a i sama informacja bardzo ciekawa 🙂

Odpowiedz

Agnieszka Szymecka Czerwiec 3, 2011 o 17:39

Dziękuję bardzo 🙂 Z ciekawostek dodam jeszcze, że na liście znalazło się także flamenco. Pozdrawiam A.Sz.-W.

Odpowiedz

Adam Sierpień 26, 2011 o 13:19

czy to znaczy , że możemy sprzedawac szampana ??We Francji?? A francuzi nam w PL oscypki?

Odpowiedz

Agnieszka Szymecka Sierpień 31, 2011 o 10:51

Oczywiście, pod warunkiem, że Francuz, który będzie sprzedawał oscypki będzie je produkował zgodnie ze specyfikacją, a więc na polskim Podhalu.
Pozdrawiam

Odpowiedz

Pjaj Sierpień 31, 2011 o 10:51

Akurat te nazwy są zastrzeżone jako oznaczenia geograficzne więc mogą być produkowane tylko w określonym regionie wg określonej receptury. A to o czym napisano w poście, dotyczy nazw bardziej ogólnych jak np. piwo, likier czy sery. Było kilka spraw, w których sądy rozpatrywały skargi producentów np. piwa z jednego kraju unijnego, które nie mogło być sprzedawane w Niemczech jako piwo, gdyż niemieckie przepisy miały inną definicję piwa. Sądy stawały po stronie swobody przepływu towarów i pozwalały na taką sprzedaż.

Odpowiedz

Agnieszka Szymecka Sierpień 31, 2011 o 10:57

Dokładnie tak. Dotyczyło to m.in. francuskiego likieru Cassis de Dijon, piwa i włoskiej pasty. Można powiedzieć, że orzecznictwo ETS w tym zakresie pozwoliło na “eksport kultury żywieniowej” jednego państwa członkowskiego do drugiego.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: