Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

Polacy w Japonii, czyli o sekretach japońskiego rynku żywności

Agnieszka Szymecka-Wesołowska18 września 2018Komentarze (0)

Ostatnio pisałam trochę o Stanach, a teraz czas na Japonię! Czy rynek japoński staje otworem przed producentami z Europy? Tak twierdzi Komisja. A wszystko dzięki zawartej w lipcu br. umowy o partnerstwie gospodarczym pomiędzy Unią Europejską a Japonią.

Z punktu widzenia Unii, jest to największa jak dotąd wynegocjowana przez nią umowa handlowa. Jak czytamy w komunikacie Komisji na ten temat: „Powody do zadowolenia ma zwłaszcza europejski sektor rolnictwa, który zyska dostęp do ogromnego rynku japońskiego oraz ochronę dla ponad 200 wyróżniających się produktów spożywczych i napojów, jak szampan czy szynka parmeńska. Dzięki umowie zniesiona zostanie przeważająca większość sięgających łącznie 1 mld euro ceł, jakie corocznie muszą płacić unijne przedsiębiorstwa eksportujące do Japonii. Zniknie też szereg obowiązujących od wielu lat barier regulacyjnych. Umowa spowoduje też otwarcie japońskiego rynku, który obejmuje 127 mln konsumentów, dla kluczowych unijnych rolnych produktów eksportowych oraz zwiększy możliwości eksportowe UE w innych sektorach.”

Same plusy.

A jak to „nowe otwarcie” japońskiego rynku (tradycyjnie przecież zamkniętego) postrzegają Japończycy? Czy japońska gospodarka, a zwłaszcza japoński sektor rolno-spożywczy, też widzi umowę w jasnych barwach? Zapytałam o to (a przy okazji także o inne ciekawe rzeczy) znajome mi osoby mieszkające na co dzień w Japonii – Wojciecha Bułę i Adama Buczka. Zapraszam do lektury wywiadu 😊

Agnieszka: Czy w Japonii było/jest głośno o umowie z Unią Europejską? Czy media poświęcały tej sprawie wiele uwagi? Jakie są najświeższe komentarze?

Adam: Szczerze, nic a nic. Japońskie media bardzo rzadko mówią cokolwiek o Europie. Z jednej strony Europa jawi się im jako miejsce, o którym lubią fantazjować. Myślą, że w Anglii każdy chodzi w meloniku, a we Francji w berecie. Wiedzą że jest tam za dużo krajów, aby zrozumieć o co chodzi więc wybierają ignorancję. Z drugiej strony relacje z Europą są dla nich strategicznie w ogóle nieistotne, co pogłębia jeszcze bardziej brak zainteresowania szczegółami. Japończycy wolą wybrać potwierdzenie komunałów o niebieskookich Szwedach, czy podobieństwu Niemców do Japończyków.

Wojtek: Owszem, media i prasa wspominały o umowie z Unią Europejską, ale nie wiem, czy odważyłbym się stwierdzić, że o sprawie było głośno. O telewizji się nie wypowiem, bo dawno temu pożegnałem się z telewizorem. Odnoszę wrażenie, że Japończycy oczekiwali, że umowa z UE będzie przeciwwagą do zerwanej przez USA umowy Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) i umożliwi włączenie Japonii w integrującą się strefę zglobalizowanej gospodarki. Wycofanie się Prezydenta Trumpa z umowy pozostawiło Japończyków skonsternowanych i może mieć długofalowy wpływ na percepcję amerykańskich firm i administracji. Tym bardziej, że przedstawiciele władz japońskich dali do zrozumienia, że umowa z UE pozwoli przeciwstawić się rosnącemu protekcjonizmowi zapoczątkowanemu przez Trumpa. Stąd też negocjacje z UE, zapoczątkowane w 2013 roku, nabrały przyspieszenia po zaprzysiężeniu Trumpa na prezydenta, a ich ukoronowaniem były słowa Donalda Tuska, który na konferencji z premierem Abe stwierdził, że „[podpisując umowę] wysyłamy jasny sygnał, że razem [z Japonią] przeciwstawiamy się protekcjonizmowi” [1].

Tyle polityka. Bo o ile łatwo sprzedać społeczeństwu, że zniesienie ceł na 99% japońskiego eksportu i    94% importowanych produktów z UE obniży ich ceny, o tyle trudniej przekonać jest farmerów i przedstawicieli przemysłu mleczarskiego, że umowa przyczyni się do poprawy ich sytuacji. Według szacunków władz prefekturalnych Hokkaido, umowa z UE spowoduje ograniczenie produkcji w rolnictwie, gospodarce morskiej i leśnej o 114.3 miliardy jenów rocznie (około 3.76 mld PLN), z czego 34% strat przypadnie na Hokkaido. A Hokkaido, z uwagi na klimat i gleby, to główne zagłębie produkcji rolnej. To jest poważny problem społeczny, z którym muszą się zmierzyć japońscy politycy.

A rolnictwo w Japonii to problem. A w zasadzie to cały pakiet problemów. Zacznijmy od końca, czyli od półki sklepowej w zwykłym tokijskim sklepie. Zwykłym, czyli takim osiedlowym. Pierwszym produktem, którego cena zwala z nóg turystów z Europy są jabłka – tutaj kupuje się na sztuki, 1 jabłko – 520 jenów, 17 PLN. Arbuz za 60 PLN (3-4kg)? To dobra cena, i nie, nie mówię o tych wymyślnych sześciennych arbuzach, bo te kosztują około 500 PLN za sztukę. Dwie brzoskwinie – 25 PLN, mała kiść winogron – 32 PLN, melon – 40 PLN, chyba, że chcemy taki, któremu grano Chopina, gdy radośnie rósł na farmie, z podpisem rolnika – wtedy 280 PLN. Moim ulubionym przykładem są czereśnie, i znów nie takie pakowane oddzielnie do ładnego kartonika, ale takie zwykłe ze sklepu – kilkanaście sztuk w opakowaniu, kiedyś z ciekawości policzyłem, gdyż potrzebowałem tych danych na konferencję, około 1 PLN za sztukę. Nawet jak na japońskie, a w szczególności tokijskie warunki – drogo.

Agnieszka: Tak, pamiętam moją podróż do Japonii dwa lata temu i szok jaki przeżyłam w „spożywczaku” na widok tamtejszych cen. A co o umowie wiedzą i mówią znajomi Wam Japończycy, tzw. zwyczajni „Kowalscy”? Czy podoba im się „wystawienie” 127 mln japońskich konsumentów na „pożarcie” unijnym przedsiębiorcom?

Wojtek: Kilka osób wiedziało co nieco o umowie, tj. że trwały negocjacje, że podpisano umowę i że pewnie w jakiś sposób odczują jej skutki. Z punktu widzenia mieszkańca Tokio być może spowoduje ona, że niektóre produkty potanieją. Kilka osób wspomniało, że po cichu liczą na tańsze warzywa i owoce oraz na ich całoroczną dostępność. W japońskich sklepach panuje sezonowość produktów rolnych – arbuzy to czerwiec do sierpnia, czereśnie maj-czerwiec, brzoskwinie maj-sierpień, truskawki – styczeń. Owszem, zdarza się, że niektóre produkty rolne, które pojawiają się na półkach, pochodzą z importu (głównie z USA i Australii, jeśli chodzi o owoce i warzywa), ale ich jakość nie jest najwyższa. A często wręcz bardzo marna. Pod tym względem japońskie płody rolne biją konkurencję na głowę. Sklepy dbają również o to, aby asortyment był najwyższej jakości. Efektywna dystrybucja i zaopatrzenie sklepów powoduje, że czas, który warzywo spędza od zebrania z pola do wystawienia na półce sklepowej jest zredukowany do minimum i zoptymalizowany w taki sposób, aby szczyt jakości danego produktu przypadał na moment, kiedy zostanie on wystawiony na sprzedaż.

Z punktu widzenia konsumenta – sądzę, że ceny mogą trochę spaść oraz zmniejszy się ryzyko wystąpienia reglamentacji na rynku. Trzy lata temu niesprzyjająca aura spowodowała, że wykopki na Hokkaido okazały się klęską i na rynku brakuje ziemniaków. Ale tak poważnie brakuje – McDonald’s zaczął skracać długość frytek i zmniejszył porcje. Jakiś czas temu, z powodu błędnej decyzji dotyczącej pogłowia krów mlecznych, na rynku zabrakło mleka. A jeśli nie ma mleka, a cła wraz z ociężałą biurokracją i brakiem regulacji tymczasowo otwierających rynek uniemożliwiają jego import, to zaczyna brakować też masła. W XXI wieku, w trzeciej gospodarce świata, masło było reglamentowane i jeśli już pojawiło się w sklepach, to w zatrważającej ilości jednej kostki na klienta. Tutaj mała dygresja – podobno w Japonii nie można łatwo wprowadzać do obrotu niepasteryzowanego mleka, ani produktów z niego powstałych. A jeśli można, to jest to obwarowane tyloma regulacjami, że mało kto chce się w to bawić. To oznacza, że lokalny ser żółty jest, hmmm, żółty. Chyba tylko tyle mogę o nim powiedzieć. O ile Japończycy do perfekcji doprowadzili destylację whiskey na wzór europejski, o tyle w kwestii serowarstwa wiele im jeszcze brakuje.

Jeśli chcemy kupić ser żółty – można, ale ceny są wielokrotnie wyższe niż w Europie; 35 PLN za 100g najzwyklejszej Goudy (no dobrze, nie najzwyklejszej, ale mojego ulubionego Beemstera Jong Belegen z Holandii) to standard. Raz będąc w sklepie, który oferuje wiele produktów z Europy, w lodówce z serami zobaczyłem 3kg krąg bodajże Edamskiego. Niestety nie miał ceny – pan z obsługi poinformował mnie, że niestety nie jest on na sprzedaż i muszę go odłożyć na półkę, gdyż stanowi on stały element ekspozycji. Ale drugi, pokrojony w 50g kawałeczki wielkości główki od szpilki, za niebotyczną sumę, jest jak najbardziej do nabycia.

Adam: Tak, ceny są koszmarne i nie tylko serów, ale właśnie przede wszystkim warzyw. Wynika to z kilku względów między innymi uwarunkowań geograficznych i wielkości spożywanych ilości jedzenia przez Japończyków. Ja kupuję ser camembert robiony w Japonii, który kosztuje prawie tyle samo co importowany z Francji. Jak wcześniej wspomniałem strategicznie relacje są mało ważne. Wynika to z wielkości obrotów na rynku międzynarodowym między Japonia, a innymi krajami. Transakcje między Europą a Japonią są znikome w porównaniu z wielkościami transakcji handlowych z USA. Także o „pożarciu” nie ma co marzyć. Z drugiej strony Japończycy są brutalnie zakochani w jakości swoich produktów. Mięso produkowane w sąsiedniej prefekturze może być droższe od tego importowanego z USA kilkukrotnie. Gdy nowopoznanym Japończyków mówię, że jestem z Polski to często się pytają czy są u nas jabłka. Gdy wspominam, że jesteśmy największym eksporterem jabłek na świecie to od razu pada komentarz: „ale na pewno nie są tak smaczne jak japońskie”. Kolejną ciekawostką jest, że restauratorzy często wino czerwone trzymają w lodówce. Dlatego, że w wielu miejscach rzadko ktoś zamawia wino, wiec boją się, iż się zepsuje.

Agnieszka: Czyli wychodzi na to, że polski sektor rolno-spożywczy (słynący przecież właśnie z produkcji owoców, mleka i przetworów mlecznych) ma naprawdę spore szanse na podbicie (serca i żołądka) japońskiego konsumenta. To dobra wiadomość. A tak z kulturowego punktu widzenia. Czy Japończycy w umowie widzą bardziej szansę na poznanie nowości, czy raczej zamach na ich tradycję? Japoński izolacjonizm jest przecież wpisany w całą kulturę.

Wojtek: Ciekawe pytanie – gdy Japonia negocjowała umowę Partnerstwa Transpacyficznego, Japończycy żywo dyskutowali, że o ile może ona mieć pozytywny wpływ na gospodarkę, to jednocześnie obawiali się, że  ich rynek rolny zostanie zalany dotowanymi amerykańskimi produktami. Za największe zagrożenie uważali tani amerykański ryż, który może stanowić zagrożenie dla japońskich rolników. Wyrażali przy tym bezgraniczną wiarę w niedoścignioną jakość i smak lokalnego produktu. Pod tym względem Japończycy są bardzo zasadniczy – najlepszy jest ryż japoński i basta. Najlepiej z Akity.

Tutaj pojawia się drugi problem japońskiego rolnictwa. Powierzchnia Japonii to około 378 tys. km2, ale to kraj górzysty i tylko niewielka część nadaje się pod zabudowę, uprawę i hodowlę. Ograniczony areał i rozdrobnione rolnictwo ma wpływ na ceny produktów rolnych. Rodzima produkcja owoców zapewnia tylko około 30% potrzeb, warzyw 75%, a ryb i owoców morza około 65%. Z drugiej strony, w rolnictwie pracuje około 2.5mln ludzi, którzy gospodarują na 1.5 mln farm, z których tylko 171 tysięcy jest gospodarowana pełnoetatowo. Średnia roczna sprzedaż płodów rolnych to 5000 USD na farmę, a wiek japońskiego rolnika zbliża się do siedemdziesiątki i w 2013 roku wynosił 65.8 lat [2]. Niewydolne rolnictwo, zamknięty rynek, wysokie cła, wiele regulacji, wysokie ceny detaliczne i bardzo niskie dochody farmerów, na granicy lub poniżej granicy ubóstwa. Brzmi jak dobry przepis na katastrofę. Dlatego pewnie łatwiej było politykom zdecydować się na otwarcie rynku, gdyż wymierny wzrost japońskiego eksportu produktów przemysłowych powinien zrównoważyć koszty społeczne, które dotkną małych producentów rolnych.

Agnieszka: Czyli kulturowo najchętniej Japończycy pozostaliby samowystarczalni, tyle że uwarunkowania gospodarcze wymagają od nich otwarcia. A czy państwo prowadzi jakąś aktywną politykę wsparcia osób zatrudnionych w rolnictwie? Coś na wzór unijnej polityki rozwoju obszarów wiejskich? Unia w ramach tej polityki finansuje wiele działań na rzecz „odmładzania” rolnictwa, infrastruktury gospodarstw  i całych wsi, wspierania rozwoju relacji kulturalnych i społecznych, jak np. agroturystyka. Czy w Japonii „agroturystyka” w takim europejskim znaczeniu jest rozwinięta, jako odrębna usługa?

Wojtek: Tak, prowadzi, rolnictwo jest subsydiowane. Nie sądzę, aby było podobne do unijnej polityki rozwoju obszarów wiejskich. A to z tego powodu, że typowa japońska farma różni się wielkością, obszarem i strukturą zatrudnienia od europejskiej. Różnice są zbyt duże, aby można było porównać. Ceny płodów rolnych na japońskim rynku są około 1.5 raza wyższe niż średnia krajów OECD. Przy uwzględnieniu subsydiów (2.2 tryliona jenów, czyli 73.8 mld zł, dane sprzed 2013 roku) japońskie rolnictwo generuje tylko 0.17% PKB [2]. Wniosek – jest bardzo źle.

 „Odmładzanie rolnictwa” raczej nie wchodzi w grę, bo nie ma kim odmładzać. Młodzi ludzie uciekają do miast (czytaj Tokio), dochody z rolnictwa raczej nie gwarantują nic poza wegetacją. Obszary wiejskie są dobitnym przykładem, co oznacza „starzejące się społeczeństwo”. Problemem nie jest „jak odmłodzić”, ale co zrobić z japońską prowincją, która stała się domem starców. Tego nie widać w Tokio. Czytałem gdzieś, że kilku zapaleńców rzuciło pracę w korporacji i założyło farmę, ale to marginalne przypadki.

Agroturystyka? Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Japończycy nie zapraszają się do domów. Nie sądzę, aby koncept agroturystyki przyjął się w Japonii. Hotele, ryokany, pokoje – tak, ale agroturystyka to raczej nie – wbrew tradycji.

Agnieszka: To wróćmy zatem do miasta. Czy w Japonii funkcjonują specjalistyczne sklepy z „zachodnią żywnością”? Czy dobrze prosperują?

Adam: W Japonii jest wielki szał na zachodnie jedzenie, ale głównie jeżeli chodzi o restauracje. Japończycy w domu wolą jeść japońskie jedzenie albo mieszankę z zagranicznym. Wielu prostych Japończyków, którzy nigdy nie byli za granicą, czyli największa część konsumentów na rynku spożywczym, nie wie jak jeść zachodnie jedzenie. Smaki są tak różne, że wielu po prostu nie chce tego jeść, np. oliwki. W Europie natto też by się raczej nie sprzedawało a tutaj prawie każdy je codziennie na śniadanie. Przykładowo jamaja to sieć sklepów z zagraniczną żywnością. Głównie alkohol i trochę „spożywki” i puszek. Nigdy tam tłumów nie widziałem.

Wojtek: Tak, w Tokio jest kilka sklepów, które oferują zagraniczne produkty. Japończycy znają smak europejskich specjałów kulinarnych. Wielu Japończyków ceni sobie wyrafinowane produkty spożywcze ze świata i chętnie je kupuje. Nie stanowią one oczywiście codziennego składnika tradycyjnej japońskiej diety, ale asortyment zagranicznych produktów z wyższej półki jest bardzo bogaty i w Tokio relatywnie dostępny. Nie kupimy ich w osiedlowym sklepie, ale w depato, czyli luksusowych centrach handlowych bez trudności zaopatrzymy się we wszystko, co do gotowania po europejsku potrzeba. Oferta gourmet nie ma limitu – ani w kwestii dostępności produktów, ani w kwestii ich cen. To, co łączy depato ze sklepem osiedlowym jest jakość – zawsze najwyższa.

W sklepie oddalonym od mojego domu o 8 minut jazy rowerem mogę kupić szynkę parmeńską i każdą z jej lokalnych włoskich wariacji, jamon iberico lub jamon iberico de bellota, pancettę, niemiecką kapustę kiszoną lub sałatkę z czerwonej kapusty, łososie z Norwegii, pasztety i sery pleśniowe kilkudziesięciu rodzajów z Francji, ser żółty z Holandii i Szwajcarii, słodycze z całego świata, piwa z Belgii, kawior z bieługi, trufle z Włoch, ser stilton z Wielkiej Brytanii. Z tego powodu uwielbiam Tokio kulinarnie – mam dostęp do prawie wszystkich produktów z całego świata, które mogę sobie wyobrazić. Oprócz ogórków kiszonych 🙂 Często gotujemy w domu po europejsku, dostęp do zagranicznych produktów to ułatwia. Tyle tylko, że rozmawiamy o małym fragmencie rynku – Tokio jest jedną z najważniejszych stolic świata, ale produkty które można kupić w kilkunastu sklepach w mieście, a o takich rozmawialiśmy, nie stanowią promila wolumenu sprzedaży i nie wchodzą w skład typowego koszyka produktów. Mieszkańcy mniejszych miast i wiosek, ale również gros konsumentów w Tokio kupuje lokalne produkty – składniki tradycyjnej diety i kuchni japońskiej. Odczują oni skutki umowy z UE, jeśli zmieni się cena owoców, warzyw, mięsa i przetworów mlecznych. Wraz ze spadkiem cen zachodnich produktów z górnej półki, zwiększy się zapewne podaż i popyt, ale o rewolucji bym tutaj raczej nie mówił.

Agnieszka: A czy w tych sklepach można dostać polskie produkty?

Wojtek: Bywają, ale raczej rzadko i pojedynczo. Wtedy stanowią temat przewodni rozmów na jednej z  polonijnych grup dyskusyjnych na Facebooku. Widziałem ogórki konserwowe, śliwki w czekoladzie i inne słodycze. W wielu sklepach można kupić polskie alkohole – wódki czyste, Żubrówkę oraz… spirytus rektyfikowany. Tak, ten z „klasyczną” etykietą. Słyszałem opinie, że to hardkorowy polski alkohol dla twardzieli i że Polacy muszą być niezwykłymi mocarzami, że są w stanie raczyć się trunkiem o tak wysokiej zawartości alkoholu. Po pewnym czasie na butelkach pojawiła się instrukcja obsługi – że można używać do ciast, że można dodać trochę do innych napojów, że można zrobić nalewkę, ale że raczej nie powinno się pić sauté.

Adam: Jest w Japonii też mała wytwórnia polskiej kiełbasy! Można kupić tylko online, z tego co wiem. Jest też Japonka, która prowadzi kawiarnię, w której robi polskie pączki. Daleko od centrum, ale na różnych imprezach się pojawiają i są przysmakiem.

Agnieszka: No właśnie. A jak wygląda sytuacja z mięsem? Joanna Bator w książce „Japonia. Smaki i znaki” pisze, że bydło rzeźne zaczęło być hodowane w Japonii dopiero na początku XX wieku, wcześniej nie jadano mięsa. Jak dziś to wygląda? Czy unijne mięso ma szanse na japońskim rynku?

Adam: Historia z mięsem jest dosyć skomplikowana. Przeciętni ludzie mieli bardzo niewielki dostęp do bydła przed epoka Meiji, czyli przed XX wiekiem. Co jednak nie znaczy, że go nie jedli wcale. Mała zwierzyna była dostępna, a w czasach gdy brakowało jedzenia – koty i psy były naturalnym środkiem protein.

Agnieszka: A jakich polskich przysmaków Wam osobiście najbardziej brakuje w Japonii?

Adam:  Mi czasami brakuje kabanosów i ogórków kiszonych. W Japonii jednak czasem można znaleźć polskie jedzenie. Np. w departamentach można kupić gotowe gołąbki, na ciepło z sosem pomidorowym. Japończycy twierdzą, że jest to ich tradycyjne jedzenie i często je nawet w domu robią. Kilka razy zaserwowałem Japończykom pierogi z kapustą i polskie krokiety. Już więcej tego błędu nie popełnię. Z drugiej strony kluski śląskie zjadają z uwielbieniem. Mają bowiem podobną teksturę do „moczi” – tradycyjnego japońskiego przysmaku z ubijanego gotowanego ryżu.

Wojtek: Czasami, gdy naszła nas tęsknota za potrawami z Polski, próbowałem coś ugotować z lokalnie zakupionych nielokalnych składników. Udało mi się ugotować prawdziwy polski bigos, z niemiecką kiszoną kapustą, japońską kiełbasą, włoskim boczkiem, amerykańskimi śliwkami i francuskim winem. Smakował tak, jak powinien. Próbowałem robić pierogi ruskie – wprawdzie nie można kupić twarogu, ale udało się go zastąpić serkiem cottage i tajemniczym składnikiem – pozwolę sobie zachować sekrety kuchni w tajemnicy :-), który sprawił, że smakowały prawie tak samo jak w Polsce. W zeszłe święta zrobiliśmy barszcz z uszkami. Buraki były lokalne, w suszone prawdziwki zaopatrzyli nas rodzice. Można je kupić w japońskim sklepie, ale niestety taniej byłoby zrobić farsz z brylantów zmieszanych ze złotem. Marynowanych śledzi, kabanosów i krakowskiej suchej – tego zdecydowanie brakuje w Japonii. Jeśli czyta nas producent tych specjałów, to chętnie zostanę twarzą lub ambasadorem marki (śmiech). A tak poważnie, pracowałem kiedyś z Japończykiem, który spędził 2 lata w San Francisco w Kalifornii i kiedy rozmowa zeszła na polskie jedzenie – rozpływał się ponad pół godziny nad smakiem polskiej kiełbasy. To wręcz instytucja – „The Polish Sausage”.

Agnieszka: Czyli mamy kierunki działania dla polskich producentów – jabłka, sery i słynna polska kiełbasa! Bardzo Wam dziękuję za rozmowę 😊

 

Wojciech Buła

Wojciech – artysta zaklęty przez złą wiedźmę w ciele naukowca. Pracował w Polsce, Holandii, Japonii i Chinach, od niedawna skupiony na międzynarodowym high-techowym startupie. Europejczyk w Japonii ze wszystkimi tego wadami i nie wszystkimi zaletami. Zapalony fotograf. Slow-traveler, którego trzymiesięczne wyjazdy kończą się średnio dziesięcioletnim pobytem. Niby elektronik, niby chemik, którego naukowy „szlak bojowy” zaczynał się elektroniką, ale wiódł przez chemię, biologię, informatykę, nanotechnologię, a końca nie widać. Czuje się obywatelem świata; dom ma tam, gdzie serce jego. Lubi jeść. Gotować też lubi. Nie ma takiej potrawy, której by nie spróbował, dżdżownic po chińsku nie wyłączając. Współprowadzi bloga o życiu w Japonii tokyopongi.com.

 

Adam Buczek

Adam –  reżyser filmowy i kreatywny prowadzi własną agencje kreatywna HellYeah! w Tokio.

 

 

 

 

 

 

 

 

Literatura:

[1] https://www.japantimes.co.jp/news/2018/07/17/business/japan-european-union-complete-trade-deal-accounting-30-percent-worlds-gdp/#.W5InHOgzabh

[2] http://www.tokyofoundation.org/en/articles/2013/japan-agriculture-and-tpp

 

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Wyrażając swoją opinię w powyższym formularzu wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. Twoich danych osobowych w celach ekspozycji treści komentarza zgodnie z zasadami ochrony danych osobowych wyrażonymi w Polityce Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. z siedzibą w Warszawie.

Kontakt z Administratorem jest możliwy pod adresem biuro@food-law.pl.

Pozostałe informacje dotyczące ochrony Twoich danych osobowych w tym w szczególności prawo dostępu, aktualizacji tych danych, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia danych oraz wniesienia sprzeciwu na dalsze ich przetwarzanie znajdują się w tutejszej Polityce Prywatności. W sprawach spornych przysługuje Tobie prawo wniesienia skargi do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

Poprzedni wpis: