Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

ABC restauratora – jakie blogi polecam

Agnieszka Szymecka-Wesołowska08 grudnia 2018Komentarze (0)

Prowadzenie działalności gastronomicznej to nie lada wyzwanie. Przekonał się o tym zapewne każdy, kto próbował kiedyś otworzyć jakiś kulinarny punkt na mapie miasta lub po prostu śledził przygody Magdy Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I nie mówię tu tylko o trudnościach związanych ze sztuką gotowania i serwowania posiłków czy wystroju wnętrza lokalu.

Mówię tu także o całym gąszczu przepisów, do których stosowania zobowiązany jest restaurator. Prowadzenie „zakładu żywienia zbiorowego” (bo tak to fachowo nazywa prawodawca) wymaga nie tylko znajomości przepisów prawa żywnościowego (np. z zakresu wymogów higienicznych i sanitarnych czy znakowania podawanych specjałów), ale także przepisów prawa gospodarczego, podatkowego czy prawa pracy.

Photo by Michael Browning on Unsplash

Jeśli ktoś z moich wspaniałych Czytelników i Czytelniczek zmaga się z takim właśnie wyzwaniem albo po prostu chciałby pogłębić wiedzę na ten temat – serdecznie zapraszam do śledzenia dwóch blogów prawniczych, które biorą pod lupę szereg praktycznych aspektów związanych z prowadzeniem gastronomii:

Można dowiedzieć się m.in. czy na sprzedaż kawy po irlandzku trzeba mieć koncesję, czy w akcjach promocyjnych można wykorzystywać wizerunek klienteli a także jak to jest ze wstępem do restauracji psa przewodnika.

Gorąco polecam 😊

Temat deklarowania pochodzenia środków spożywczych i podstawowego składnika cieszy się ostatnio ogromnym powodzeniem. Przekonałam się o tym także podczas mojego webinara, który odbył się 12 listopada br. i który – ku mojej wielkiej radości – zgromadził blisko 200 osób. Raz jeszcze wszystkim serdecznie dziękuję za udział! A jeśli ktoś nie miał możliwości posłuchania mnie tego dnia, w dowolnej chwili można skorzystać z nagrania, które jest dostępne:

W trakcie webinara uczestnicy zadawali wiele pytań. Nie miałam możliwości udzielenia odpowiedzi na nie wszystkie bezpośrednio podczas nagrania, ale pomyślałam że mój blog to idealna platforma dla kontynuacji tematu i być może rozwiania przynajmniej części wątpliwości (a z całą pewnością jest ich wiele). Dlatego też, na bazie postawionych pytań, opracowałam taki mini-przewodnik w formie Q&A, którym z wielką przyjemnością się tutaj podzielę.

Na 9 stronach opracowałam listę 24 pytań i odpowiedzi, które najczęściej pojawiają się w kontekście deklarowania pochodzenia środków spożywczych i podstawowego składnika. Poniżej możecie zapoznać się z pytaniami. A odpowiedzi otrzymacie na skrzynkę mailową.

Lista pytań

  1. Czy oznaczenie „wyprodukowano w …” jest równoznaczne z krajem pochodzenia?
  2. Czy w przypadku jogurtu z truskawkami, na którym producent podaje dobrowolną informację: „polskie mleko”, natomiast truskawki nie pochodzą z Polski, konieczne jest podawanie pochodzenia produktu i truskawek jako składnika podstawowego
  3. Czy obowiązek deklaracji pochodzenia będzie dotyczyć suplementów diety, których np. głównym składnikiem są produkty pochodzenia zwierzęcego?
  4. Czy składnik podstawowy suplementu diety to składnik lub składniki danego środka spożywczego, które stanowią więcej niż 50% wszystkich składników środka spożywczego, czy jedynie więcej niż 50% spośród składników czynnych wykazujących efekt odżywczy i/lub fizjologiczny?
  5. Czy adres producenta (wraz z krajem) jest informacją o kraju pochodzenia środka spożywczego?
  6. Powiedziała Pani, że zapis na opakowaniu firmy i adresu + Polska nie świadczy o pochodzeniu środka spożywczego. Jeśli mamy do czynienia z suplementem diety np. w kapsułkach miękkich, które są wytwarzane w Chinach a pakowane w blistry i kartoniki w Polsce i na opakowaniu podana jest jedynie informacja Producent: xxx, Polska – czy jest obowiązek podania informacji o wytwarzaniu w Chinach? Pytanie wynika z interpretacji Inspekcji, że taka informacja jest istotna dla konsumenta i powinna być podana, bo polski adres firmy sugeruje, że produkcja jest w Polsce.
  7. Czy dozwolone jest zamiast wskazywania dokładnego miejsca pochodzenia np. ciastka wyprodukowanego w Hiszpanii, napisanie „Wyprodukowano w EU”? (podobne pytania: Czy można opisać produkt „Spoza UE”? Czy można np. zamiast kraju „Hiszpania” wpisać „UE”?)
  8. Czy jeżeli deklarujemy ‚kraj pochodzenia Polska’ to czy składnik podstawowy może być podany jako ‚spoza UE’?
  9. Czy obszar rybołówstwa można podać jako np. Ocean atlantycki lub Ocean spokojny, czy należy podać zgodnie z nomenklaturą FAO?
  10. W przypadku mieszanki wieloskładnikowej, której kilka ze składników wymieniamy w nazwie opisowej, czy wówczas podajemy pochodzenie składnika podstawowego powyżej 50% i wszystkich wymienionych w tej nazwie?
  11. W przypadku, gdy jest więcej niż jeden podstawowy składnik, którego pochodzenie trzeba deklarować? Czy producent może sobie wybrać (chleb ze słonecznikiem)?
  12. Jak powinna wyglądać deklaracja pochodzenia podstawowego składnika w przypadku, gdy podstawowy składnik jest składnikiem złożonym?
  13. Czy w przypadku znakowania PRODUKT POLSKI jest konieczność dodatkowego znakowania krajem pochodzenia?
  14. W przypadku, gdy surowiec przed dopuszczeniem go do etapu wytwarzania danego środka spożywczego jest jeszcze poddawany dalszej obróbce (np. surowiec -> ekstrakt z surowca), czy kraj pochodzenia powinien być wskazany dla pierwotnego surowca (miejsce uprawy, zbioru), czy też powinien być to kraj pozyskiwania ekstraktu (miejsce obróbki), gdyż w formie ekstraktu zostaje on ostatecznie użyty do produkcji środka spożywczego? Ma to wpływ na zapisy na opakowaniu „Ekstrakt z … pochodzi z …” czy też „Surowiec użyty do ekstraktu z … pochodzi z …”. A także jak należy obliczać składnik podstawowy – czy odnosić się do składnika deklarowanego na opakowaniu czy też do wsadu (na przykładzie składnika mineralnego – potasu – oceniać zawartość potasu czy też glutaminianu potasu – soli z jakiej jest pozyskiwany)?
  15. Czy mrożone warzywa lub owoce, np. BROKUŁY MROŻONE – trzeba podać kraj pochodzenia brokuł?
  16. Czy dla produktu filet z kury, pochodzącego z Belgi można wpisać „UE”, czy musi być „Belgia”?
  17. Czy w produkcie o nazwie „krówki mleczne” możemy uznać mleko za składnik podstawowy pomimo że zawartość mleka kształtuje się na poziomie ok. 10 % i w wykazie składników jest ono na trzecim/czwartym miejscu?
  18. Co będzie składnikiem podstawowym w żelkach, czy żelatyna? Czy jeśli żelki nie zawierają cukru i największy udział % ma substancja słodząca czy można ją uznać za składnik podstawowy?
  19. Który ze składników czekolady uznawany jest za składnik podstawowy – cukier, którego jest najwięcej czy miazga kakaowa?
  20. am pytanie odnośnie wskazania kraju do wyrobu „Szynka Litewska”. Produkowana jest w Polsce.
  21. Czy nie jest nadużyciem używanie nazwy kraju pochodzenia w celach reklamowych w sytuacji, gdy praktycznie całość oferowanego produktu przez różne firmy pochodzi z tego samego kraju, np. imbir z Nigerii, papryka z Hiszpanii?
  22. „Wafelki z chia”- czy podawać pochodzenie chia jeśli jest dodawane 2%?
  23. Czy olej tłoczony w Polsce z surowca z Niemiec może mieć deklarację ‚kraj pochodzenia Niemcy’?
  24. Czy KE przewiduje wydanie przewodnika do stosowania rozporządzenia nr 2018/775?

Pochodzenie środków spożywczych- zapraszam na webinar!

Agnieszka Szymecka-Wesołowska15 listopada 20187 komentarzy

Nie trzeba przywoływać chyba żadnych statystyk, żeby potwierdzać jak bardzo zainteresowanie konsumentów pochodzeniem produktów wzrosło na przestrzeni ostatnich lat. Za tą potrzebą stara się nadążyć…. choć z lekką zadyszką…. także prawodawca unijny.

Najpierw w 2011 r. uporządkował pojęcia „kraju pochodzenia” i „miejsca pochodzenia” oraz określił podstawowe zasady podawania tych informacji (rozporządzenie nr 1169/2011), a potem, stopniowo, wydał przepisy wykonawcze:  o znakowaniu niektórych rodzajów mięs, tj. świeżego, schłodzonego i zamrożonego mięsa ze świń, z owiec, kóz i drobiu (rozporządzenie nr 1337/2013) oraz o deklarowaniu pochodzenia podstawowego składnika (świeżutkie jeszcze rozporządzenie nr 2018/775, które zacznie obowiązywać do 1 kwietnia 2020 r.). Do tego doszły także inicjatywy wielu prawodawców poszczególnych Państw członkowskich UE, którzy zaczęli prześcigiwać się we wprowadzaniu zasad krajowych, np. znakowania mleka, mąki w makaronie, ryżu. Prym wiodą oczywiście Włochy. W międzyczasie, na naszym polskim podwórku pojawiły się także nowe reguły podawania w oznakowaniu informacji „Produkt polski”.

Mamy więc spory kolaż regulacji, w których muszą odnaleźć się producenci. Pojawia się szereg pytań:

  • Czy etykiety wszystkich środków spożywczych muszą zawierać informację o pochodzeniu produktu?
  • Czy etykiety wszystkich środków spożywczych muszą zawierać informację o pochodzeniu podstawowego składnika?
  • Co oznacza „podstawowy składnik”?
  • Czy każdy środek spożywczy zawsze musi mieć podstawowy składnik?
  • Jak intepretować pojęcia „kraju pochodzenia” i „miejsca pochodzenia”?
  • Jakie elementy oznakowania są uznawane za deklarację pochodzenia a jakie nie są?
  • W jaki sposób deklarować pochodzenie podstawowego składnika (dozwolone sformułowania, miejsce na etykiecie, wielkość czcionki itd.)?
  • Jak znakować w okresie przejściowym?

Na te i inne pytania odpowiem już za tydzień podczas webinara organizowanego przez nas, tj. Centrum Prawa Żywnościowego i Wolters Kluwer Polska. Jeśli więc jesteście zainteresowani – zarezerwujcie godzinkę 22 listopada br. o godz. 12:00.

Na webinar można się zapisywać tu.

Gorąco zapraszam! 🙂

Afera rogalowa

Agnieszka Szymecka-Wesołowska09 listopada 2018Komentarze (0)

11 listopada cała Polska świętuje obchody 100 lat Niepodległej, ale tylko Poznań świętuje podwójnie! Tego dnia przypada też dzień Św. Marcina a wtedy – co wszyscy smakosze wiedzą doskonale – w Poznaniu odbywa się rogalowe szaleństwo. To jak pączek w tłusty czwartek i mazurek na Wielkanoc. Wszyscy biegną do cukierni po tradycyjnego „Rogala świętomarcińskiego”.

Traditional polish st. Martins croissants. Typical Poznan bakery – Rogal Swietomarcinski pastry.

 

 

 

 

 

 

 

 

Żeby oddać wagę zjawiska, podam tylko, że wedle szacunków obecnie producenci z Poznania sprzedają w dniu Świętego Marcina średnio 250 ton tego wyrobu, natomiast w skali rocznej sprzedaż wynosi około 500 ton. I ja dzisiaj właśnie o tym rogalu słów kilka chcę napisać.

Na początek trochę historii.

Historia pieczenia rogali zrodziła się w 1891 roku, kiedy to proboszcz poznańskiej parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. W przekazach kościelnych św. Marcin był znany ze swojej dobroci i pomocy biednym. Jak głosi legenda pewnego dnia odwiedzając wiernych na swoim białym koniu zgubił podkowę, którą podniósł miejscowy cukiernik i wzorując się jej kształtem uformował ciasto z migdałami. Gdy rogale były upieczone – pamiętając o intencjach świętego – rozdał je potrzebującym. Obecny na wspomnianej mszy jeden z cukierników Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni, namówił swojego szefa, aby upiec rogale. I tak Rogale Marcińskie trafiły na poznańskie ulice. Okazuje się jednak, że geneza rogali może być nawet dużo starsza, bo pierwsze wzmianki o kształcie największego przysmaku regionu pochodzą jeszcze z czasów pogańskich, kiedy to podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z ciasta zawijanego w bawole rogi.

Tyle historii. A teraz wróćmy do współczesności.

Obecnie nazwa „Rogal Świętomarciński” jest zarejestrowana jako chronione oznaczenie geograficzne w unijnym rejestrze. To ten sam rejestr, do którego trafiły oscypki, parmiggiano reggiano czy prosciutto di Parma. Nazwy takich produktów są szczególnie chronione a producenci tych wyrobów mogą się posługiwać specjalnym znakiem jakości.

 

 

 

 

O rejestrację takiego produktu wnioskuje zainteresowana grupa producentów z określonego obszaru geograficznego podając związki wyrobu z danym obszarem i tradycyjną recepturę zgodnie z którą – po rejestracji – należy przygotowywać produkt. Kto nie przestrzega ścisłej receptury – nie może nazywać swojego wyrobu chronioną nazwą.

Spójrzmy więc na zarejestrowaną recepturę „Rogala Świętomarcińskiego”.


Tak, zamiast masła (raczej typowego składnika większości „tradycyjnych” wypieków) mamy margarynę a zamiast migdałów aromat migdałowy. Jest też masa jajowa zamiast jajek (prosto ze skorupki).

Ktoś zapyta dlaczego poznańscy cukiernicy, zgłaszając rogala, nie zadbali o bardziej jakościowy skład?

Moim zdaniem dlatego, że nie chcieli podzielić losu podhalańskich baców, którzy rejestrując oscypka przestrzelili z rygorystycznymi warunkami produkcji. Tak wyśrubowali swoją recepturę, że niedługo po rejestracji produkcja „prawdziwych oscypków” stała się dla wielu problematyczna. Koszty produkcji wzrosły, okres możliwej sprzedaży się skrócił (jest on dozwolony tylko w czasie wypasu owiec, tj. od maja do października) a kontrole inspekcji stały się częstsze. W rezultacie Zakopane zaroiło się od serów wyglądających jak oscypki, które są sprzedawane pod innymi nazwami: „ser owczy”, „tatrzański” czy po prostu „tradycyjny wędzony”. Zakładam więc, że poznańscy cukiernicy woleli dmuchać na zimne. Widomo, ciasto na margarynie łatwiej się wyrabia (nie topi się jak masło) a orzechy (zwłaszcza arachidowe), którymi dekoruje się rogale kosztują znacznie mniej niż migdały.

A teraz najważniejsze. Jakie są konsekwencje prawne takiej rejestracji?

Konsekwencje prawne są takie, że rogal wypieczony na maśle, jajach, obtoczony w migdałach nie może nosić nazwy „Rogal świętomarciński”. Tradycyjny jest bowiem tylko ten na margarynie z fistaszkami. Tym samym cukiernik, który użyłby takiej nazwy naraża się na kary pieniężne. Zgodnie bowiem z art. 58b ustawy z dnia 17 grudnia 2004 r. o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych, kto używa nazwy zarejestrowanej jako chronione oznaczenie geograficzne niezgodnie ze specyfikacją, podlega karze pieniężnej w wysokości do dziesięciokrotności przeciętnego wynagrodzenia, czyli do ok. 48.000 zł!

Konkluzja nasuwa się więc sama – jeśli 11 listopada będziesz szukać rogala na maśle z migdałami, szukaj rogala o innej nazwie niż „Rogal świętomarciński”.

Nie dziwi mnie złość niektórych właścicieli poznańskich cukierni, którzy chcieliby wyrabiać rogale na maśle i korzystać z tradycyjnej nazwy, ale nie mogą. Co o tym sądzą – można zobaczyć i posłuchać na GASTRO VLOGu.

 

 

 

Podwójna jakość żywności – nie taki diabeł straszny

Agnieszka Szymecka-Wesołowska03 listopada 2018Komentarze (0)

Zjawisko dobrej „chemii z Niemiec” jest znane chyba każdemu. Okazuje się jednak, że „dobre, bo zachodnie” dotyczy także rynku żywności. Tak przynajmniej twierdzą Czesi, Słowacy, Węgry a także Komisja Europejska, która już od zeszłego roku zajmuje się tym problemem. Przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker, w swoim orędziu wygłoszonym w zeszłym roku podkreślał, że „w Unii Europejskiej, w której wszyscy są równi, nie może być konsumentów drugiej kategorii i nie można zaakceptować tego, że w niektórych częściach Europy sprzedaje się żywność niższej jakości niż w innych krajach pomimo identycznego opakowania i marki”. Rozwiązanie tego problemu ma odbudować zaś wiarę europejskich obywateli w jednolity rynek. Super. Brzmi dobrze (zwłaszcza w kontekście rosnącego nacjonalizmu w wielu krajach UE). Idźmy dalej.

We wrześniu 2017 r. ukazało się Zawiadomienie w tej sprawie, w którym Komisja przyznaje, że „nawet produkty sprzedawane pod tą samą marką mogą mieć różne cechy z uwagi na uzasadnione czynniki, takie jak miejsce wytworzenia lub preferencje klientów w danych regionach docelowych” (czyli swoboda działalności gospodarczej będzie jednak dalej dozwolona…..), ale to co jest tutaj niepokojące to „wprowadzanie do obrotu towarów pod tą samą marką, ale z różnym składem, w sposób, który może wprowadzać konsumenta w błąd.”

I to wprowadzanie w błąd jest tutaj kluczowe. Oznacza to bowiem, że producenci mogą różnicować skład lub inne cechy produktów przeznaczonych na rynki różnych państw, ale muszą o tych różnicach informować konsumentów, tak by umożliwiać im podejmowanie świadomych decyzji. Ok. Pełna zgoda. Ale jak zdefiniować w tym kontekście informację, która wprowadza konsumenta w błąd?

Nawet jeśli bowiem produkt tej samej marki i w podobnym oznakowaniu jest wprowadzony w „zachodniej Europie” z innym składem (w domniemaniu lepszym – choć o tym za chwilę), to ja w Polsce mam przecież wyraźnie podany w wykazie składników skład jego odpowiednika, więc nie bardzo rozumiem, co miałoby mnie tutaj wprowadzać w błąd.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wielokrotnie w swoim orzecznictwie podkreślał, że „konsumenci, których decyzja o zakupie jest determinowana przez kompozycję produktu, czytają najpierw listę składników, której zamieszczenie jest obowiązkowe, dzięki czemu ryzyko wprowadzenia ich w błąd jest minimalne (…). Informowanie uważnego konsumenta o składzie produktu jest wystarczająco zapewnione przez listę składników”. Jeśli zatem jest dla mnie ważne, czy baton ma w składzie olej palmowy czy słonecznikowy, albo czy zamiast cukru napój jest słodzony słodzikiem, to sobie sprawdzam skład (choć osobiście to raczej czysto teoretycznie, bo batonów nie jadam a słodzonych napojów nie pijam). No ale teoretycznie…. jeśli więc widzę, że w składzie występuje niepożądany składnik, to sięgam po inny konkurencyjny produkt. I szczerze powiedziawszy, średnio mnie interesuje jaki składnik produkt tej samej marki ma w odległej o 1000 km Hiszpanii.

Nie zapominajmy także o istniejących już przepisach prawa żywnościowego, które od dawna regulują tę kwestię. Zgodnie z rozporządzeniem nr 1169/2011, czyli podstawowym aktem prawnym regulującym zasady znakowania żywności:

„informacje na temat żywności nie mogą wprowadzać w błąd m.in. „przez sugerowanie za pomocą wyglądu, opisu lub rysunku obecności konkretnego środka spożywczego lub składnika, gdy w rzeczywistości komponent naturalnie występujący lub składnik normalnie używany w danym środku spożywczym został zastąpiony innym komponentem lub innym składnikiem”

I dalej, zgodnie z tym samym aktem prawnym:

W przypadku środków spożywczych, w których komponent lub składnik, których normalnego stosowania lub naturalnej obecności oczekują konsumenci, został zastąpiony innym komponentem lub składnikiem, etykietowanie zawiera – oprócz wykazu składników – jasne wskazanie, że ten komponent lub składnik został użyty w ramach częściowego lub całkowitego zastąpienia:
a) bezpośrednio w pobliżu nazwy produktu; oraz
b) z wykorzystaniem rozmiaru czcionki o wysokości x wynoszącej co najmniej 75 % wysokości x nazwy produktu i nie mniejszego niż minimalny rozmiar czcionki wymagany w art. 13 ust. 2 niniejszego rozporządzenia.”

Czyli nawet zakładając, że konsument oczekuje, że jego ulubione i dobrze znane ciasteczka (bez względu na to, czy przebywa w Polsce czy w Hiszpanii) zawierają w swoim składzie masło, a producent akurat na rynku polskim zastępuje je margaryną, to – w świetle obowiązujących przepisów – w pobliżu nazwy ciasteczek powinna znaleźć się adnotacja (i to w odpowiedniej wielkości czcionce), że w ciasteczkach jest margaryna zamiast masła. Czyli informację o margarynie konsument powinien dostać nie tylko w wykazie składników, ale także przy nazwie produktu. Jeśli tej informacji nie ma – producent powinien ponieść karę.

Prawo wydaje się więc już dziś zabezpieczać konsumentów. Oczywiście zawsze pozostaje pytanie o sprawną egzekucję tych przepisów, ale to już zupełnie inny temat. Tutaj dodam tylko, że Komisja także nie przedstawiła żadnych nowych propozycji legislacyjnych i stwierdziła, obecne przepisy z zakresu prawa żywnościowego oraz nieuczciwych praktyk handlowych są tu wystarczające a „do państw członkowskich, a szczególnie krajowych organów ds. konsumentów i żywności, należy przestrzeganie unijnego dorobku prawnego dotyczącego ochrony konsumentów i egzekwowanie na poziomie krajowym przepisów UE w zakresie bezpieczeństwa i oznakowania żywności.

Czyli wracamy do Polski.

Sprawą w Polsce zajął się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w pod koniec 2017 i w 2018 r. porównał łącznie 101 par produktów wprowadzanych na rynek w Polsce i w Niemczech pod taką samą marką handlową i w takiej samej lub bardzo zbliżonej szacie graficznej (raporty są dostępne: tu). A oto wyniki badania:

  • na 101 par istotne różnice stwierdzono w 12 (czyli w 89 przypadkach nie stwierdzono różnic!)
  • w 4 na 12 przypadkach UOKIK jedynie domniemuje „podwójną jakość”
  • w 2 przypadkach na 12 produkty przeznaczone na rynek polski miały lepszą jakość
  • czyli w 10 przypadkach na 101 stwierdzono gorszą jakość produktów przeznaczonych dla polskiego konsumenta, przy czym w czterech z nich „podwójna jakość” jest domniemywana.

Nie twierdzę oczywiście, że to mało. Nawet gdyby z badań wyszło, że tylko jeden produkt jest nieprawidłowy, to można by mówić, że nie powinno tak być. Jednak jak czytam niektóre komentarze w mediach np. „Glutaminian, olej palmowy, więcej cukru i tłuszczu – żywność produkowana na nasz rynek bywa wyraźnie gorsza. UOKiK porównał konkretne produkty” czy „Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził badania żywności produkowanej na rynek zachodni i polski. Wyniki nie są zaskakujące: w dużej części żywność przeznaczona dla Polaków była gorsza”, to się zastanawiam, czy czytałam ten sam raport. W tym, który ja czytałam, zdecydowanie większa część badanych produktów nie wykazała żadnych różnic!

Co jednak ważniejsze, w komentarzach gdzieś umyka, że wiele ze stwierdzonych w badaniu nieprawidłowości nie ostałaby się bez sankcji, gdyby były weryfikowane w ramach standardowej urzędowej kontroli żywności. Zawierały one nieprawidłowości, za które grożą w Polsce kary i to nie w kontekście „podwójnej jakości żywności”, ale zwykłej „nieprawidłowej jakości handlowej”. Po prostu. Pytanie więc, czy ma sens w ogóle mówienie o podwójnej jakości w przypadku produktów, których „podstawowa” jakość pozostawia do życzenia?

W mojej skromnej ocenie „podwójna jakość” to raczej dobrze sprzedający się temat polityczny niż realny problem rynkowy. Ale oczywiście mogę się mylić, bo – jak podkreślał UOKIK – na podstawie uzyskanych wyników nie można wnioskować statystycznie na temat całego rynku.  Czekam więc z niecierpliwością na dalszy rozwój wypadków.