Slider

Na rynku napojów głośno ostatnio o sprawie ugody zawartej pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów z Katowic, który wprowadzał do obrotu produkt pod nazwą “John Lemon”. Ugoda zawarta – od listopada nazwa napoju nie może być już stosowana. Jak podają media nazwa zostanie zmieniona na “On Lemon”. Ciekawe jednak, jakby potoczyły się losy napoju, gdyby producent z Katowic chciał zawalczyć o pierwotną nazwę. Czy miałby szansę wygranej? Zapytałam o opinię eksperta – Mikołaja Lecha – rzecznika patentowego, który – bardzo aktywnie i ciekawie – prowadzi bloga o prawnej ochronie marki. Oto komentarz Mikołaja:

Sprawa ugody pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów John Lemon jest medialna aczkolwiek o szczegółach wiadomo niewiele. To co jest pewne, to fakt, że znak towarowy John Lemon został zarejestrowany w EUIPO w 2013 r. Uzyskanie takiej ochrony pomaga, ale nie daje 100% bezpieczeństwa. Jeżeli poprzez rejestrację naruszone zostały prawa osób trzecich np. dobra osobiste, to w przeciągu 5-ciu lat zainteresowana osoba może podjąć próbę jego unieważnienia.

Szczerze żałuję, że Yoko Ono udało się zastraszyć polską firmę bo sprawa byłaby interesująca. Z doniesień prasowych wynika, że powołuje się ona m.in. na zarejestrowane znaki towarowe John Lenon. Faktycznie ma ich wiele. Problem w tym, że te sprzed 2013 r. ochronę mają głównie na terytorium USA a znaki unijne zarejestrowała w 2016 r. Nie ma więc jak powołać się na kolizję z zarejestrowanymi znakami. Mogłaby próbować udowadniać, że określenie John Lenon jest tzw. znakiem powszechnie znanym. Jest to jednak zadanie bardzo trudne, chociażby z tego powodu, że ta powszechna znajomość musiałaby odnosić się do napojów a nie samego faktu kojarzenia muzyka.

No i na końcu mamy dobra osobiste do imienia i nazwiska. Naruszenie nie jest wcale takie oczywiste bo zastosowano tutaj grę słów. Określenie “Lennon” zamieniono na “Lemon”. A w kontekście napojów cytrynowych jest to wyrażenie opisowe, którego nie da się zmonopolizować. Nie da się ukryć, że skojarzenia, które budzi ta marka są jednoznaczne, ale wynik takiego sporu moim zdaniem nie byłby wcale taki oczywisty. Niemniej jestem w stanie zrozumieć dlaczego polska firma zawarła ugodę. Gdyby doszło do próby unieważnienia tego znaku, to patrząc na chociażby spór o klocek LEGO, sprawa we wszystkich instancjach mogłaby trwać około 8 lat. W takim przypadku, kiedy wynik sprawy był niepewny, mniej bolesne okazała się zmiana nazwy.

Swoją drogą zwracam uwagę na to, że wrzawa medialna o tej sprawie na pewno wyraźnie wpłynie na sprzedaż tego napoju. Ja z czystej ciekawości bym go teraz kupił 🙂

Ja również 🙂

Miło mi obwieścić, że dziś Centrum Prawa Żywnościowego odniosło duży sukces dla branży producentów makaronów. Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie podzielił naszą argumentację, że nazwa „makaron”, w przypadku makaronu z dodatkiem kurkumy, nie wprowadza konsumenta w błąd. Tym samym, na określenie takiego produktu, wystarczające i dopuszczalne jest użycie nazwy „makaron” i nie ma konieczności – jak wymagała tego dotychczas Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych  – dookreślania w samej nazwie obecności tej przyprawy (tj. używania nazwy „makaron z kurkumą” lub „makaron z dodatkiem kurkumy”). Inspektorzy wymagali tej informacji z uwagi na to, że konsumenci mogli mieć wrażenie, że taki makaron – o nieco zmienionej barwie – jest makaronem jajecznym. NSA uznał jednak, że jeśli konsument chce dowiedzieć się, czy makaron zawiera jaja czy nie, zagląda do wykazu składników.

To już drugie orzeczenie NSA w tego rodzaju sprawie. Można więc mówić o jednolitej linii orzeczniczej. Dla producentów oznacza tyle, że nazwa „makaron”, w przypadku makaronu z zawartością kurkumy, nie powinna być już więcej kwestionowana, a dla konsumentów tyle, że muszą zapoznawać się z wykazem składników.

Podczas dzisiejszej rozprawy Sąd wiele uwagi poświęcił koncepcji przeciętnego konsumenta. Z orzeczenia wynika, że jest to – a przynajmniej powinna być – osoba czytająca etykiety. Osobiście mnie to cieszy, bo takie orzeczenie ma walor edukacyjny i kształtuje standard świadomości konsumenckiej. Nie zwalnia konsumentów z lektury etykiety. Po to bowiem prawodawca drobiazgowo reguluje, co ma się na etykiecie znaleźć, żeby ktoś z tej informacji korzystał.

O wyroku pisały także media: 

  1. Makaron z kurkumą to jednak makaron – serwis handelextra.pl
  2. NSA: makaron z kurkumą to “makaron”. Nazwa nie wprowadza w błąd – serwis portalspozywczy.pl

 

Pisałam niedawno o nowych wymaganiach, jakie zostały wprowadzone w USA w zakresie sprzedaży żywności na rynek amerykański (zob. wpis). Wiele osób interesuje się tym zagadnieniem. Mam więc dobrą wiadomość dla wszystkich zainteresowanych: szkolenia z zakresu „Preventive Controls Qualified Individual” są organizowane w Polsce.

Oferuje je jednostka certyfikująca ISOQAR, zajmująca się certyfikacją systemów zarządzania i będąca przedstawicielstwem brytyjskiej jednostki certyfikującej Alcumus ISOQAR Ltd. Szkolenia są objęte patronatem prawnym Centrum Prawa Żywnościowego. Osoby zainteresowane zapraszam na bezpośrednią stronę ISOQAR.

Przynajmniej od 2006 r. kolejne rządy podejmują karkołomną próbę utworzenia jednej “super inspekcji” do spraw kontrolowania produkcji i dystrybucji żywności. Jest to duże wyzwanie, ponieważ problem dotyka delikatnej materii podziału kompetencji pomiędzy Ministra właściwego ds. zdrowia i Ministra właściwego ds. rolnictwa. Nigdy próba ta nie była tak bliska realizacji jak obecnie. Wszystko bowiem wskazuje na to, że problem ten tym razem uda się “przeskoczyć” i nowa Państwowa Inspekcja Bezpieczeństwa Żywności zacznie działać od stycznia 2018 r.

Głównym celem reformy jest konsolidacja w jednej strukturze kompetencji nadzorczych wszystkich dotychczasowych inspekcji zajmujących się urzędową kontrolą żywności. Przypomnijmy – obecnie obszarem tym zajmuje się aż pięć odrębnych służb (Państwowa Inspekcja Sanitarna, Inspekcja Weterynaryjna, Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Inspekcja Handlowa oraz Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa), których zakres nadzorczy został podzielony głównie wedle rodzaju żywności oraz etapu produkcji i dystrybucji. Inspekcje te podlegają różnym organom (Ministrowi właściwemu ds. zdrowia, Ministrowi właściwemu ds. rolnictwa oraz Prezesowi UOKiK), a ich kompetencje w wielu przypadkach nakładają się. Nowa inspekcja ma realizować podejście “holistyczne”, “kompleksowy i całościowy nadzór”, ma podlegać pod jeden resort (rolnictwa), eliminując rozproszenie zadań i zapewnić jednolitość działań. Czy ten cel jest jednak w istocie realizowany?

Przeglądając projekty nowych przepisów, mam co do tego spore wątpliwości.

Po pierwsze, zgodnie z projektem nowej ustawy o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, do jej zadań mają należeć sprawy dotyczące “bezpieczeństwa żywności w zakresie nadzoru nad jej produkcją, przetwórstwem i obrotem“, “nadzoru nad jakością handlową artykułów rolno-spożywczych” a jedyne przewidziane w projekcie wyłączenie dotyczy zakładów żywienia zbiorowego. Wynikałoby więc z tego, że  – w myśl założonych celów – nowa “super inspekcja” będzie kontrolować wszystko co podlega pod definicję żywności i to na każdym etapie łańcucha, za wyjątkiem “gastronomii” (czyli np. stołówek, restauracji, barów itd.). Wynikałoby więc, że będzie kontrolować m.in. suplementy diety, bo one przecież także kwalifikują się jako żywność (gdyby ktoś miał wątpliwości, zapraszam do lektury wpisu – “Suplementy diety – (dez)infomracja?). Jeśli jednak spojrzymy na projekt przepisów wprowadzających nową ustawę, zauważymy, że  zakres wyłączeń jest o wiele szerszy. Jak się bowiem okazuje, w odniesieniu m.in. do “suplementów diety oraz wzbogacania żywności, żywności wprowadzonej do obrotu po raz pierwszy, oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych” organem kompetentnym pozostaje Państwowa Inspekcja Sanitarna, podległa Ministrowi Zdrowia. Pomijając już, że w gestii nowej inspekcji nie będzie leżeć każdy rodzaj żywności (vide – suplementy diety, żywność wzbogacona), to nasuwa się szereg innych pytań i wątpliwości. Przykładowo: czy jeśli producent wytwarza batoniki zbożowe bez witamin i batoniki wzbogacone w witaminy, to do kontroli obu rodzajów batoników będą przychodzić różne inspekcje?  Czy jeśli producent pieczywa używa w oznakowaniu oświadczeń żywieniowych (np. “zawiera błonnik”) lub producent soku używa oświadczenia zdrowotnego (np. “witamina C wspiera układ odpornościowy”), to na kontrolę produktu przyjdzie nowa “super inspekcja”, ale wyłączy się w zakresie oświadczeń, bo do tego na kontrolę będzie musiał przyjść inspektor z sanepidu?  W czyjej gestii znajdą się np. dietetyczne środki spożywcze specjalnego przeznaczenia medycznego? Co oznacza kategoria “żywności wprowadzonej po raz pierwszy do obrotu”? Czy chodzi o tzw. novel food czy każdy nowy produkt spożywczy wchodzący na rynek?

Na tym jednak lista kwestii wątpliwych się nie kończy. Nowe przepisy zakładają, że suplementy diety będą należeć, jak dotychczas, do kompetencji Państwowej Inspekcji Sanitarnej (tj. będą kontrolowane przez sanepid a obowiązek zgłoszenia będzie realizowany przed Głównym Inspektorem Sanitarnym), ale… zakład produkujący suplementy będzie zatwierdzał  i rejestrował właściwy inspektor nowej Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności. Wygląda więc na to, że inspektor nowej inspekcji będzie oceniał warunki wytwarzania produktów, które pozostają poza jego kompetencją.

Zakładam, że to tylko kilka z dziesiątek pytań i wątpliwości, z którymi będzie musiał zmierzyć się pełnomocnik rządu do organizacji struktur nowej inspekcji. Funkcję tę objął Pan Jarosław Pinkas, który jeszcze na początku tego roku pełnił funkcję Sekretarza Stanu w Ministerstwie Zdrowia.

 

 

 

 

W ostatnim czasie rynek suplementów diety targają niespokojne wiatry. Co chwilę pada informacja o nowej propozycji legislacyjnej Ministerstwa Zdrowia: od zmian w oznakowaniu i ograniczeń w zakresie reklamy, przez zmiany w procedurze notyfikacji, po propozycję wycofania suplementów diety ze sprzedaży w aptekach. Dwanaście instytucji publikuje przewodnik konsumencki, którego walor edukacyjny pozostawia wiele do życzenia (tu zapraszam do lektury mojego wpisu: “Suplementy diety – (dez)informacja?)”). Minister Rolnictwa robi reformę organów urzędowej kontroli żywności a Prezes UOKIK zapowiada zaostrzenie kar. Bierni nie pozostają także sami producenci, którzy na tej fali się samoregulują (w grudniu 2016 r. przyjęty został branżowy Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety).

Prawdziwym huraganem okazała się jednak zeszłotygodniowa konferencja prasowa Najwyższej Izby Kontroli i przedstawienie wyników z kontroli funkcjonowania rynku suplementów diety. Konkluzja NIK jest porażająca: rynek suplementów diety został określony jako „obszar wysokiego ryzyka, niedostatecznie zdiagnozowany i nadzorowany przez służby państwowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo żywnościowe”. W ślad za raportem, NIK opublikował także listę suplementów, które zostały zakwestionowane.

A co na to Główny Inspektor Sanitarny, który – przypomnijmy – kontroluje wprowadzanie suplementów na rynek? Zdaniem rzecznika GIS, niektóre wyniki raportu NIK mają “posmak taniej sensacji”, bo w rzeczywistości, system kontroli suplementów diety w Polsce jest bardzo restrykcyjny a często  nawet bardziej niż regulacje UE. Jak to wiec jest naprawdę?

Zachęcam do lektury raportu NIK: https://www.nik.gov.pl/plik/id,12749,vp,15155.pdf a także do obejrzenia bardzo wymownej konferencji prasowej: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-dopuszczaniu-do-obrotu-suplementow-diety.html

Ze stanowiskiem GIS można się zapoznać m.in. tu:http://gis.gov.pl/o-nas/aktualnosci/480-suplementy-kontrola-nik-i-uwagi-gis

Oczywiście zapraszam też do dyskusji na ten temat! Jest o czym mówić.