Slider

Od dziś radykalnie zmienia się sytuacja prawna napojów energetyzujących. Zmiana dotyczy przede wszystkim ich składu. Co ciekawe, wielka zmiana w warunkach wprowadzania tych produktów na rynek polski nastąpiła nie w wyniku celowego działania prawodawcy i przyjęcia szczególnego aktu prawnego, ale niejako „prawnym rykoszetem”.  Czytaj dalej >>

Pod koniec listopada tego roku został opublikowany przewodnik konsumencki „Co warto wiedzieć o suplementach diety” (tu dostępny). Przewodnik został objęty patronatem 12 instytucji. Pomimo jednak szczytnego celu edukacyjnego, jaki niewątpliwie przyświecał tej inicjatywie, można mieć spore wątpliwości co do wielu przedstawionych w przewodniku informacji i jego ogólnego przekazu. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że przewodnik zamiast informować konsumenta, dezinformuje go i wzbudza uprzedzenia, spychając rynek suplementów diety do jakiejś czarnej, quasi-nielegalnej, strefy.

MIT PIERWSZY: Suplement gorszy niż lek 

Przewodnik przedstawia suplementy diety jako gorszą alternatywę dla leków, jako produkty „leko-podobne” z całą związaną z tym negatywną konotacją. Już pierwsze zdanie przewodnika jest znamienne: „Pojęcie suplement diety może brzmieć fachowo w sensie medycznym”. Pytam – w jaki sposób? Suplementować znaczy „uzupełniać”, a słowa „dieta” szerzej tłumaczyć raczej nie trzeba. Co w tej nazwie miałoby skłaniać konsumenta do przekonania, że ma do czynienia z produktem medycznym? Dlaczego sugeruje się konsumentowi, że powinien oczekiwać medycznych właściwości suplementu?

Podstawową funkcją suplementów diety jest uzupełnianie niedoborów składników odżywczych (np. witamin, minerałów, błonnika, białka itd.) i innych składników o działaniu fizjologicznym (np. składników zawartych w roślinach i ziołach). Jego nazwa odzwierciedla jego cel. Podstawową funkcją leków jest leczenie i tu także nazwa odpowiada funkcji. Leki i suplementy pełnią więc zupełnie inne funkcje i nie można ich przedstawiać jako produktów ze sobą konkurujących. Przesądza też o tym sam ustawodawca, który w definicji suplementu diety wyraźnie wskazuje, że produkt ten jest środkiem spożywczym (por. art. 3 ust. 3 pkt. 39 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia). Tymczasem w przewodniku czytamy: „niektóre składniki znajdujące się w lekach występują także w suplementach diety. W tym przypadku ich zawartość/stężenie jest jednak niższe, przez co nie wykazują działania leczniczego. Na przykład witamina D może występować w suplemencie diety lub w leku, lecz tylko w tej drugiej postaci, przy odpowiedniej dawce, wykazuje właściwości lecznicze”. Czy konsument ma z tego rozumieć, że suplement jest gorszy, bo nie ma działania leczniczego? Owszem, suplement nie ma i nie może mieć właściwości leczniczych, bo gdyby je miał, to byłby lekiem, musiałby się lekiem nazywać i podlegałby przepisom prawa farmaceutycznego, a nie – jak ma to miejsce obecnie – przepisom prawa żywnościowego. Po suplement z witaminą D sięgamy więc w przypadku niedoboru spowodowanego np. brakiem słońca w okresie jesienno-zimowym, po lek w sytuacji choroby, gdy potrzebna jest dawka uderzeniowa tej witaminy. Nie można zapominać o tej różnicy.

Co więcej, w przewodniku podnosi się, że: „Suplementy diety mogą być zbliżone postacią do leków (np. tabelki, saszetki czy syropy) (…). Podkreślmy wyraźnie – suplementy diety nie tylko mogą, ale wręcz MUSZĄ mieć postać tabletek, saszetek, syropów lub inną umożliwiającą ich dawkowanie. Znowu przesądził o tym sam prawodawca, który w definicji suplementów diety wyraźnie wskazał, że suplement to środek: „wprowadzany do obrotu w formie umożliwiającej dawkowanie, w postaci: kapsułek, tabletek, drażetek i w innych podobnych postaciach, saszetek z proszkiem, ampułek z płynem, butelek z kroplomierzem i w innych podobnych postaciach płynów i proszków przeznaczonych do spożywania w małych, odmierzonych ilościach jednostkowych” (art. 3 ust. 3 pkt. 39 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia). Suplementy z samej definicji stanowią skoncentrowane źródło składników, których niedobory uzupełniają i taka forma ich podania jest niezbędna.

MIT DRUGI: Suplement wchodzi na rynek bez obostrzeń

Dalej czytamy: „Przepisy wyraźnie określają, jakie dokumenty należy przedstawić dla potwierdzenia jakości, skuteczności, a przede wszystkim bezpieczeństwa produktu leczniczego (leku). W przypadku suplementów diety takie obostrzenia praktycznie nie występują (…) konieczne jest jedynie poinformowanie Głównego Inspektora Sanitarnego o wprowadzeniu lub zamiarze wprowadzenia danego suplementu do obrotu, przedkładając wzór etykiety. W powiadomieniu tym należy podać m.in. dokładny skład produktu, tj. jakie składniki, w jakiej formie i w jakiej ilości w nim występują. Nie jest natomiast wymagana dokumentacja potwierdzająca jakość oraz deklarowane efekty działania”. Tym samym sugeruje się konsumentom, że suplementy diety mogą być wprowadzane na rynek bez odpowiedniego potwierdzenia ich bezpieczeństwa, jakości i deklarowanych w oznakowaniu i reklamie korzyści, a Główny Inspektor Sanitarny (GIS) nie ma żadnej mocy nadzorczej. Takie stwierdzenie nie tylko wprowadza konsumentów w błąd, ale także jest niezgodne z obowiązującym w Polsce prawem.

Po pierwsze, zgodnie z prawem (a dokładnie z art. 14 ust. 1 rozporządzenia nr 178/2002), żaden niebezpieczny środek spożywczy nie może być wprowadzony do obrotu. Jeśli w procesie rejestracji suplementu diety, Główny Inspektor Sanitarny poweźmie jakąkolwiek wątpliwość co do jego bezpieczeństwa, wszczyna postępowanie wyjaśniające, wymagając od producenta przedstawienia odpowiedniej dokumentacji, w tym opinii jednostek naukowych (tak art. 30 i 31 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia). Nie może dziwić fakt, że tego rodzaju dokumenty nie są wymagane a priori, tj. w momencie samego zgłoszenia. Suplement diety jest środkiem spożywczym i co do zasady zawiera w sobie te same składniki, które zawiera w sobie inna powszechnie spożywana żywność. Trudno byłoby więc wymagać przedstawiania w każdym przypadku rozbudowanego o dowody naukowe dossier. To Główny Inspektor Sanitarny decyduje, czy i jaka opinia jest potrzebna.

Co więcej, sposób wprowadzania suplementów diety na rynek jest regulowany na poziomie unijnym. Obowiązująca w tym zakresie dyrektywa nr 2002/46/WE przewiduje możliwość określenia na poziomie krajowym procedury monitorowania rynku, tj. procedury powiadomienia odpowiednich organów. Dyrektywa nie wprowadza jednak takiej konieczność. To państwa członkowskie decydują, czy procedura rejestracji jest konieczna, czy wystarczające są inne, standardowe mechanizmy prawne zapewniające, by obecne na rynku suplementy były bezpieczne i zgodne z deklarowaną przez producentów jakością i właściwościami (zwł. system odpowiedzialności i sankcji). Ustawodawca polski skorzystał z tej dodatkowej możliwości i zobowiązał producentów i dystrybutorów do zgłaszania wprowadzanych na rynek suplementów. Co więcej, w ramach procedury zgłoszeniowej wymaga przedstawienia nie tylko etykiety (jak stanowi w tym zakresie dyrektywa), ale także całego składu ilościowo-jakościowego produktu.

W końcu także, deklarowanie jakiegokolwiek wpływu suplementu na zdrowie podlega restrykcyjnym regulacjom rozporządzenia nr 1924/2006 w sprawie oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych. Producent nie może deklarować żadnych właściwości zdrowotnych produktu, jeśli nie zostały one potwierdzone przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności i nie zostały zatwierdzone przez Komisję w odpowiedniej procedurze. Pewien wyjątek obowiązuje tylko w odniesieniu do substancji roślinnych. Deklarowanie efektów dla tych składników jest możliwe tylko jeśli znajdują się one na zamkniętej liście oświadczeń oczekujących na zatwierdzenie, a producent je stosujący posiada dowody naukowe potwierdzające ich wiarygodność (por. art. 6 rozporządzenia nr 1924/2006).

W świetle powyższego co najmniej nieuzasadnione jest sugerowanie, że wprowadzanie suplementów diety na polskim rynku odbywa się na zasadzie „wolnej amerykanki”.

TRZECI MIT: Suplement na rynku bez kontroli

Z przewodnika konsument dowiaduje się także, że poza kontrolą pozostaje także obrót suplementami diety. Czytamy: „Również kontrola znajdujących się w obrocie suplementów diety ma ograniczony zasięg w stosunku do ich ilości na rynku, w związku z tym nie ma możliwości skontrolowania wszystkich produktów”, podczas gdy „wytwarzanie produktów leczniczych jest stale nadzorowane przez inspekcję farmaceutyczną, a ich wytwórcy są poddawani regularnym kontrolom i muszą spełniać szereg rygorystycznych wymogów w celu zapewnienia bezpieczeństwa stosowania leków”. Konsument nie dowiaduje się jednak, z jakiego powodu kontrola suplementów diety ma ograniczony zasięg, co działa nie tak i dlaczego. Prawo przewiduje odpowiednie procedury nadzoru także w odniesieniu do suplementów diety. Zgłoszone do GIS suplementy są poddawane kontrolom organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej oraz Inspekcji Handlowej, a brak zgłoszenia – zgodnie z art. 100 ust. 1 pkt. 3 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia – stanowi wykroczenie, które powinno być przedmiotem zainteresowania odpowiednich organów ścigania. Jeśli zatem jest jakiś problem, to jest to problem związany z nieadekwatną strukturą systemu kontroli lub egzekwowaniem prawa, a nie rynkiem suplementów diety jako takim. W przewodniku czytamy natomiast, że „W obrocie mogą znajdować się również sfałszowane suplementy diety (ich rzeczywisty skład różni się do deklaracji producenta)”. Otóż w obrocie nie mogą znajdować się sfałszowane suplementy, podobnie jak w obrocie nie mogą znajdować się sfałszowane/podrobione torebki, pieniądze czy leki. Za fałszowanie suplementów diety przewidziana jest odpowiedzialność karna (przewiduje ją art. 97 ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia).

W świetle powyższego nasuwają mi się dwa rozwiązania. Albo przewodnik powinien zostać skorygowany w swojej treści i przekazie, przybliżając konsumentom rzetelny obraz rynku, albo powinien zmienić tytuł na przewodnik o tym, „Co warto wiedzieć o lekach i nielegalnych suplementach diety”, bo o suplementach wprowadzanych na rynek prawidłowo, konsument niestety niewiele się z niego dowiaduje.

Miło mi poinformować, że uruchomiliśmy Akademię Prawa Żywnościowego, czyli szkolenia on-line, na które wiele osób od dawna czekało! Teraz już nie trzeba ruszać się z domu (lub z biura), by zdobyć wiedzę z zakresu prawa żywnościowego. Wachlarz tematów jest obszerny i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. W ramach Akademii staramy się poruszać wszystkie najważniejsze zagadnienia i problemy prawne, z którymi spotyka się branża spożywcza. A gdyby czegoś zabrakło – dajcie znać! – uzupełnimy program. Szkolenia są dostępne na naszej stronie internetowej: http://szkolenia.food-law.pl/ Bardzo serdecznie zapraszamy! Czekamy też na Wasze komentarze!

Powoli kończą się wakacje, a z początkiem roku szkolnego na dzieci i młodzież czeka żywieniowa niespodzianka. Jest już (a raczej dopiero) gotowy projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia z listą produktów, które będzie można sprzedawać w placówkach oświatowych oraz wymagań, jakie będą musiały być przestrzegane przy przygotowywaniu posiłków w bufetach i stołówkach. Projekt ma wejść w życie 1 września 2015 r. Czytaj dalej >>

Mój blog dedykowany jest prawu żywnościowemu, ale nie mogę oprzeć się pokusie podzielenia się z całym światem odkryciem, jakiego dzisiaj dokonałam. Pokusa jest tym większa, że takie odkrycia nie zdarzają się często. Dziś więc nie o prawie, ale o jedzeniu.

Mam przyjemność prowadzić jutro w Szczecinie szkolenie ze znakowania środków spożywczych (jak wiadomo – rozporządzenie nr 1169/2011 przyniosło ze sobą całą masę zmian, a tym samym pytań i wątpliwości), ale przyjechałam już dziś i zupełnie przypadkiem natknęłam się na miejsce, które sprawiło, że na chwilę poczułam się jak Alicja po drugiej stronie lustra. To magiczne miejsce nazywa się „Biała Trufla” i jest maleńką restauracją na szczecińskiej Starówce.

Od progu przywitała mnie przemiła dziewczyna, która z wielką kompetencją wyjaśniła, w jakim miejscu się znalazłam. Potrawy autorskie, przygotowywane z wykorzystaniem lokalnych ekologicznych produktów, menu komponowane raz na tydzień, sezonowe. Do tego bogaty wachlarz naparów z ziół (zamówiłam napar z jarzębiny – łagodny, treściwy, relaksujący).  Zamówiłam danie główne. Zanim jednak to, na moim stole pojawiła się przekąska. Miły gest gospodarzy. Był to pieróg (na arcydelikantym cieście – oczywiscie handmade), z pokrzywą i kaszą Quinoa (więcej o niej można sobie przeczytać np. tutaj), krwawnikiem i kwiatkami z czosnku niedźwiedziego, a wszystko pod puszystą „pierzyną” piany cytrynowej. Pod tą samą, orzeźwiającą pierzyną podano też danie główne: przyrządzony próżniowo szczupak w towarzystwie trzech młodych ziemniaków oprószonych pieprzem i solą (nie znam szczegółów, ale z całą pewnością nie była to sól „kuchenna”), do tego grillowane szparagi i szczypior czosnkowy (absolutna delicja!), wszystko pokropione emulsją ze szczawiu, ozdobione jadalnymi kwiatami bratka i rzepaku. Uczta dla oczu i żołądka.

To było prawdziwe doznanie! Jak dla mnie – kunszt sztuki kulinarnej. Uważam, że to miejsce powinno zostać oficjalnie uznane za obowiązkowy punkt wizytacji we wszystkich przewodnikach turystycznych po Szczecinie.  A póki co, szczegóły można poznać tutaj.