Slider

Pomimo, że Hipokrates – ojciec medycyny – już kilka wieków przed naszą erą wypowiedział słynną sentencję „Niechaj pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem”, współczesny prawodawca zdaje się mieć nico inne spojrzenie na tę kwestię.

Obecnie zakazane jest jakiekolwiek stwierdzanie lub sugerowanie w jakichkolwiek komercyjnych przekazach do konsumentów, że wprowadzana do obrotu żywność ma jakiekolwiek właściwości zapobiegania lub leczenia chorób (tak art. 7 ust. 3 rozporządzenia nr 1169/2011). Wyjątki w tym zakresie dotyczą jedynie szczególnie klasyfikowanych środków spożywczych, np. żywności specjalnego przeznaczenia medycznego czy naturalnych wód mineralnych.

Można oczywiście posługiwać się dozwolonymi oświadczeniami zdrowotnymi (np. „Potas pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego” lub „Wapń pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu mięśni”), ale nie oświadczeniami medycznymi, czyli takimi, które wskazują na związek żywności lub jej składnika z wpływem na poprawę zdrowia osób chorych.

Tymczasem, buszując ostatnio w księgarni przekonałam się dobitnie, jak bardzo namacalny jest dysonans pomiędzy regulacją prawną a…. życiem. Półki z książkami na ten temat aż się uginały od pozycji wskazujących jasno i wyraźnie na lecznicze działanie żywności….

 

 

Do tego dochodzi Internet, który „wręcz pęka w szwach” od informacji dotyczących uzdrowicielskich mocy różnych składników żywności – zwłaszcza tych pochodzenia roślinnego. Do powszechnego języka wszedł już też konkretny termin odnoszący się do takich produktów – SUPERFOOD, choć niewiele osób do końca wie, czym ta super żywność w zasadzie jest. A nie wie, bo producent niewiele może powiedzieć 🙂

I właśnie na tym tle rodzi się wielkie rozgoryczenie wielu naszych Klientów – producentów żywności. Trudno jest im zrozumieć, dlaczego w powszechnym obiegu informacyjnym rola żywności w procesie wspomagania leczenia określonych chorób jest powszechnie i szeroko omawiana (często bazując na wynikach badań uznanych jednostek naukowych, krajowych i zagranicznych), a prawo zabrania wykorzystania tych informacji w przekazach do konsumentów (na etykietach i w reklamie).

Z jednej strony zatem mamy producentów, którzy nie mogą przekazać wszystkiego, co chcieliby powiedzieć o swoich produktach, a z drugiej strony konsumentów, którzy – na wyciągnięcie ręki – mają całą masę dostępnych informacji o leczniczym czy wspomagającym leczenie działaniu wybranych produktów czy składników.

Dla mnie jako prawnika rodzi się tutaj m.in. pytanie o zakres wolności słowa i prawa do informacji. Prawodawca unijny – oczywiście w interesie ochrony konsumentów – znacznie ogranicza tę wolność przedsiębiorcom. Nie twierdzę, że nie ma tym racji. Rozumiem, że dba tu o to, by rynek (a raczej konsument) nie został zasypany produktami obiecującymi cudowne uzdrowienie po spożyciu dwóch naparów czy pięciu plasterków konserwy z groszkiem (pisałam już kiedyś o tym problemie tu).

Ale czy wybrany sposób ochrony konsumentów jest rzeczywiście optymalny? Czy tak głęboka ingerencja w prawo do przekazywania do informacji i prawa do bycia informowanym jest faktycznie uzasadniona?

Spójrzmy jak do sprawy podchodzi np. prawodawca amerykański. Amerykański przedsiębiorca może o swoim produkcie powiedzieć o wiele więcej, pod warunkiem, że wskaże „siłę dowodu”, na jakiej opiera używane oświadczenie. W szczególności, przewidziane są określone informacje, jakie muszą być konsumentom przekazane, tj. – w zależności od „siły dowodu” – oświadczeniu powinno towarzyszyć jedno z poniższych zastrzeżeń: „Pomimo że istnieje naukowy dowód na poparcie oświadczenia, wyniki badań nie są jeszcze ostateczne”, „Niektóre dowody naukowe sugerują, że […], jednakże FDA stwierdziła, że dowody te są ograniczone i nieostateczne”, a także „Bardzo ograniczone i wstępne badania naukowe sugerują, że […], FDA stwierdziła, że istnieje nieznaczny dowód naukowy potwierdzający to oświadczenie”.

Jaka nasuwa mi się tutaj konkluzja? Śmiejemy się czasem z amerykańskiego konsumenta, że trzeba mu na kubku z kawą wyraźnie napisać, że kawa może być gorąca, ale jak widać my Europejczycy wcale nie jesteśmy lepsi. Nasz prawodawca podejmuje decyzje za nas. Arbitralnie decyduje, co można a czego nie można napisać o produkcie i jego składnikach.

I zastanawiam się jak to się ma do deklaracji i celów wyrażonych w „konstytucji” znakowania i reklamy żywności, czyli w rozporządzeniu nr 1169/2011, gdzie czytamy, że „odpowiednie informowanie konsumentów” i „umożliwianie mu podejmowania świadomych wyborów” jest jednym z głównych celów całego korpusu regulacyjnego dotyczącego przekazywania konsumentom informacji o żywności. Hmmmm……

Stany Zjednoczone coraz bliżej nas i to nie dlatego (a przynajmniej nie tylko dlatego), że Prezydent Donald Trump odwiedził naszego wschodniego sąsiada, ale także dlatego, że Centrum Prawa Żywnościowego startuje z długo wyczekiwanym szkoleniem z zakresu amerykańskiego prawa żywnościowego!

Szkolenie skupia się na zasadach znakowania produktów spożywczych kierowanych na rynek USA, omawiane będą możliwe sposoby interpretacji i stosowania nowych przepisów, z uwzględnieniem praktyki rynkowej i praktyki FDA (Food and Drug Administration).

O nowych amerykańskich regulacjach pisałam w jednym z poprzednich wpisów (tu)  a temat cieszył się Waszym  dużym zainteresowaniem 🙂

Dlaczego? Bo jak widać rynek amerykański staje się coraz bardziej atrakcyjny dla rodzimych przedsiębiorców. Dobrze, bo nasze produkty są warte poznania.

Photo by Miesha Moriniere from Pexels

 

O zwiększonym zainteresowaniu amerykańskim rynkiem można poczytać np. tu:

http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/polscy-producenci-chca-zwiekszyc-eksport-zywnosci-do-usa,146051.html

https://www.topagrar.pl/articles/zywienie-swin/usa-kupuje-wiecej-zywnosci-z-polski/

http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/starczewska-krzysztoszek-rosnie-eksport-do-usa-spada-do-wielkiej-brytanii,156014.html

Pierwsze szkolenie CPŻ z tego tematu odbędzie się już 21 września 2018 r. w Warszawie, a kolejne 24 września w Krakowie.

Zapisywać można się: tu!

Zapraszamy! 

 

Sztuczna inteligencja, algorytmy, roboty wkraczają w naszą rzeczywistość coraz bardziej dynamicznie i zauważalnie. Coraz częściej słyszymy, że niebawem roboty zastąpią kierowców, kasjerów, baristów a nawet dentystów. Zresztą wystarczy rozejrzeć się dookoła: bezzałogowe samochody Tesli czy Googla już jeżdżą po drogach, w Honkongu i San Francisco działa Cafe X, w którym kawę podają roboty, w Chinach robot przeprowadził już zabieg wszczepienia implantu zęba a w warszawskim czy wrocławskim supermarkecie zakupy można rozliczyć bez udziału sprzedawcy. To się po prostu dzieje. Zgodnie z raportem Światowego Forum Ekonomicznego „Future of Jobs” już do 2020 r. sztuczna inteligencja pozbawi ludzi 5 mln miejsc pracy.

Oczywiście, wedle prognoz, tendencja ta nie ominie także zawodów prawniczych. Algorytmy automatyzacyjne zastąpią ludzi w wielu powtarzanych czynnościach. Już dziś funkcjonują takie systemy jak DoNotPay, Ross Lawyer, czy „smart-kontrakty”.

Zadaję więc sobie pytanie, jak to się potoczy w naszej dziedzinie – prawa żywnościowego. Zakładam, że tutaj na pierwszy ogień pójdzie przygotowywanie etykiet produktów. Być może szybciej niż myślimy, każda firma spożywcza będzie miała na stanie swojego własnego „label-bota”, który będzie nie tylko projektował etykiety od strony graficznej, ale pilnował jednocześnie zgodności z regulacjami prawa unijnego i każdego innego wybranego państwa świata, orzecznictwem sądów a nawet praktyką poszczególnych organów kontrolnych. Będzie wskazywał i oceniał ryzyka poszczególnych opcji oświadczeń i dobrowolnych informacji.

Zanim jednak ziści się taki scenariusz, musimy radzić sobie sami. I naszym celem jest pomoc przedsiębiorcom w tym zadaniu.

Dlatego też już dziś serdecznie zapraszam do lektury naszego NOWEGO KOMENTARZA DO ROZPORZĄDZENIA NR 1169/2011, czyli „konstytucji” prawa regulującego znakowanie i reklamę żywności. Komentarz ukaże się nakładem wydawnictwa Wolters Kluwer już za 3 tygodnie!

Znakowanie prezentacja g 29

W połowie kwietnia w halach wystawienniczych EXPO XXI odbyły się Międzynarodowe Targi Żywności i Napojów WorldFood Warsaw. Jedna z wystaw była poświęcona żywności „made in Italy” a ja miałam przyjemność testować i oceniać te wspaniałości jako sędzia w ramach konkursu organizowanego przez  Bellavita, czyli platformę B2B dedykowaną promocji włoskiej żywności na świecie. Co wywarło na mnie największe wrażenie?  

belavita2

Wyznaczono mi do oceny dwanaście produktów:

  • passata pomidorowa Orominevra uznana przez Gambero Rosso za najlepszą passatę w Włoszech! (amatorom włoskich pyszności gorąco polecam odwiedziny strony: http://www.gamberorosso.it/it/),
  • paluszki a raczej paluchy Piavettini…. z kurkumą (niespotykany smak; przy okazji – o naszej polskiej makaronowej wojnie o kurkumę pisałam tutaj),
  • oliwa z oliwek Tuscus w kobaltowej butelce (moje największe odkrycie: czy wiecie, że niebieskie szkło butelki lepiej chroni oliwę niż zielone, do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni?),
  • owczy ser pecorino z białymi truflami Toscobosco (klasa, klasa i jeszcze raz klasa –  nie mogło być przecież inaczej z najwykwintniejszym składnikiem włoskiej kuchni),
  • po serze oczywiście prosciutto crudo od Bedogni Egidio (szynka rozpływająca się w ustach – tak, to możliwe – również laureat Gambero Rosso i to do nabycia w hurtowni w Ząbkach!),
  • neapolitańskie friarelli La Torrente (w Rzymie nazywane „broccoletti”, w Apulii „cime di rapa”, w Toskanii „rapini” a ja bym je nazwała po prostu „włoskim jarmużem”),
  • na dokładkę kolejne prosciutto crudo tym razem firmy Zuarina (równie smaczna i delikatna co pierwsza),
  • w menu nie mogło zabraknąć także pesto, próbowałam pesto alla Genevese La Doria (czyli klasyczne, zielone, bazyliowe),
  • wszystko popite…. (nie, nie winem, bo środek dnia a samochód czekał na parkingu) …. tonikiem Abbondio Bianca Gazzosa (tonik orzeźwiający, a do tego jaki design butelek!),

abbondito

  • no i deser – masło z pistacji od Gay-Odin (absolutny raj dla podniebienia, postanowiłam zakupić skrzynkę słoiczków i rozdawać każdemu z pochmurną miną),
  • jak deser to i kawa (trafiła mi się pyszna aromatyczna Intenso)
  • a na zakończenie i dobre trawienie herbata BioTea (delektowałam się uprawianą w chinach Pu Erh Tea; właściciel marki Edoardo to prawdziwy  koneser i wizjoner z misją przekonania Włochów do picia herbaty, zadanie wydaje się być „mission impossible”, ale patrząc na liczbę podchodzących do stoiska innych włoskich wystawców po to tylko, by ukoić kubki smakowe herbatą – moim zdaniem jak najbardziej wykonalne!)     

biotea

„A co z makaronem, włoską pastą?!” Oczywiście była. We włosko-szwajcarskiej odsłonie, bo gotował dla mnie (i nie tylko dla mnie 😉) Kurt Scheller! Tagliatelle al pecorino! Palce lizać.

belavita

 

IMG_7545

Zwycięzca konkursu? Zwyciężyła „Arbollita Sauce with Pulses and Truffle (Gluten Free)” Toscobosco, czyli pasta na bazie warzyw z truflami. Otrzymała tytuł “BEST ITALIAN PRODUKT 2018”. Kobaltowa oliwa z oliwek Tuscus Re Laris Grand Cru Extra-Virgin została wyróżniona w kategorii “TASTE GOOD AWARD”, a tytuł “BEST BRAND IDENTITY” powędrował do Pu Erh Tea od BioTea. Nie mogło zabraknąć także innowacji i tutaj zwycięzcą został produkt firmy Italgelatine tj. „Instant Gelatin (Gluten Free, Sugar Free)”.

tuscus

Na rynku napojów głośno ostatnio o sprawie ugody zawartej pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów z Katowic, który wprowadzał do obrotu produkt pod nazwą „John Lemon”. Ugoda zawarta – od listopada nazwa napoju nie może być już stosowana. Jak podają media nazwa zostanie zmieniona na „On Lemon”. Ciekawe jednak, jakby potoczyły się losy napoju, gdyby producent z Katowic chciał zawalczyć o pierwotną nazwę. Czy miałby szansę wygranej? Zapytałam o opinię eksperta – Mikołaja Lecha – rzecznika patentowego, który – bardzo aktywnie i ciekawie – prowadzi bloga o prawnej ochronie marki. Oto komentarz Mikołaja:

Sprawa ugody pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów John Lemon jest medialna aczkolwiek o szczegółach wiadomo niewiele. To co jest pewne, to fakt, że znak towarowy John Lemon został zarejestrowany w EUIPO w 2013 r. Uzyskanie takiej ochrony pomaga, ale nie daje 100% bezpieczeństwa. Jeżeli poprzez rejestrację naruszone zostały prawa osób trzecich np. dobra osobiste, to w przeciągu 5-ciu lat zainteresowana osoba może podjąć próbę jego unieważnienia.

Szczerze żałuję, że Yoko Ono udało się zastraszyć polską firmę bo sprawa byłaby interesująca. Z doniesień prasowych wynika, że powołuje się ona m.in. na zarejestrowane znaki towarowe John Lenon. Faktycznie ma ich wiele. Problem w tym, że te sprzed 2013 r. ochronę mają głównie na terytorium USA a znaki unijne zarejestrowała w 2016 r. Nie ma więc jak powołać się na kolizję z zarejestrowanymi znakami. Mogłaby próbować udowadniać, że określenie John Lenon jest tzw. znakiem powszechnie znanym. Jest to jednak zadanie bardzo trudne, chociażby z tego powodu, że ta powszechna znajomość musiałaby odnosić się do napojów a nie samego faktu kojarzenia muzyka.

No i na końcu mamy dobra osobiste do imienia i nazwiska. Naruszenie nie jest wcale takie oczywiste bo zastosowano tutaj grę słów. Określenie „Lennon” zamieniono na „Lemon”. A w kontekście napojów cytrynowych jest to wyrażenie opisowe, którego nie da się zmonopolizować. Nie da się ukryć, że skojarzenia, które budzi ta marka są jednoznaczne, ale wynik takiego sporu moim zdaniem nie byłby wcale taki oczywisty. Niemniej jestem w stanie zrozumieć dlaczego polska firma zawarła ugodę. Gdyby doszło do próby unieważnienia tego znaku, to patrząc na chociażby spór o klocek LEGO, sprawa we wszystkich instancjach mogłaby trwać około 8 lat. W takim przypadku, kiedy wynik sprawy był niepewny, mniej bolesne okazała się zmiana nazwy.

Swoją drogą zwracam uwagę na to, że wrzawa medialna o tej sprawie na pewno wyraźnie wpłynie na sprzedaż tego napoju. Ja z czystej ciekawości bym go teraz kupił 🙂

Ja również 🙂