Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

„Bez sztucznych barwników” na etykiecie

Agnieszka Szymecka-Wesołowska08 lutego 2019Komentarze (0)

Jeśli jesteś konsumentem, oznaczenie „bez sztucznych barwników” na etykiecie produktu spożywczego zapewne szczególnie Cię nie dziwi. Jeśli jednak jesteś producentem – wiesz, że jest to hasło, które nie podoba się inspekcjom kontrolnym. Dlaczego? Ha….. I tu się zaczyna cała prawnicza zabawa.

Praktyka inspekcji

Zdaniem inspekcji kontrolnych (być może nie wszystkich) oznaczenie „bez sztucznych barwników” jest niezgodne z przepisami, ponieważ:

  • zgodnie z definicją „barwników” zawartą w rozporządzeniu nr 1333/2008 w sprawie substancji dodatkowych, prawo nie rozróżnia barwników na „sztuczne” i „naturalne”; definicja ta stanowi: „„barwniki” to substancje nadające lub przywracające żywności barwę, obejmujące naturalne składniki żywności i naturalne źródła, które w normalnych warunkach ani nie są same spożywane jako żywność ani nie są stosowane jako typowe składniki żywności. W rozumieniu niniejszego rozporządzenia barwnikami są preparaty uzyskane ze środków spożywczych i innych jadalnych surowców naturalnych uzyskanych poprzez fizyczną lub chemiczną ekstrakcję, której efektem jest selektywna ekstrakcja pigmentów względem składników odżywczych lub aromatycznych”;
  • skoro zatem nie ma podziału na barwniki sztuczne i naturalne, to hasło „bez sztucznych barwników” należy uznać za wprowadzające w błąd poprzez sugerowanie, że produkt ma szczególne właściwości podczas gdy wszystkie podobne produkty mają takie właściwości (bo rzekomo we wszystkich innych produktach mogą być obecne tylko barwniki naturalnego pochodzenia);
  • co więcej, skoro – cytuję – „w przepisach dotyczących barwników ustawodawca nie dokonał podziału na barwniki naturalne i sztuczne to oznacza, iż takie rozgraniczenie nie istnieje”.

Uważam, że każdy z ww. argumentów może zostać obalony.

W zakresie definicji wystarczy spojrzeć do innych wersji językowych rozporządzenia nr 1333/2008 a w zakresie tego, czy barwniki mogą być naturalne i sztuczne (czyli otrzymane w wyniku syntezy chemicznej) wystarczy spojrzeć do wykazu dozwolonych barwników zamieszczonych w załączniku II rozporządzenia nr 1333/2008 i poprosić o komentarz znajomego chemika.

Są tam wymienione chociażby: tartrazyna (E102), żółcień chinolinowa (E104), żółcień pomarańczowa FCF (E110), azorubina (E122), amarant (E123), czerwień koszenilowa A (E124), czerwień allura (E129), błękit patentowy V (E131), indygokarmin (E132), błękit brylantowy FCF (E133) czy czerń brylantowa BN (E151). Te barwniki nie rosną raczej na drzewach.

Muszę dodać, że powyższa kwestia była przedmiotem postępowania sądowego, którą zajmowaliśmy się w Centrum Prawa Żywnościowego. Niestety Wojewódzki Sąd Administracyjny nie podzielił naszego stanowiska. A ja żałuję, że producent nie zdecydował się na skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, bo wierzę, że sprawa przed NSA mogłaby potoczyć się inaczej (tak jak to było np. w przypadku makaronu z kurkumą).

Dlaczego o tym piszę?

Dlatego, że z jednej strony inspekcje nakazują rezygnację z informowania konsumentów, że w produkcie nie ma „sztucznych barwników”, a z drugiej w styczniowym raporcie NIK, czytamy m.in.:

  • wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniono barwniki spożywcze, szczególnie syntetyczne (m.in. E 123, E110, E 122)”;
  •  „Według alergologów najczęściej dochodzi do tych objawów w wyniku spożycia barwników spożywczych, szczególnie syntetycznych (…). Część z nich przypomina w działaniu aspirynę, która przy nadwrażliwości prowadzi w organizmie do zwiększonej produkcji prozapalnych leukotrientów (…) istnieje zakaz podawania aspiryny dzieciom poniżej 13 roku życia i to powinno obowiązywać również w przypadku barwników syntetycznych.”;
  • produkty opatrzone w oznakowaniu deklaracją „bez sztucznych barwników” badane były metodą jakościową pozwalającą wykryć samą obecność syntetycznych barwników, bez określania zawartości ww. substancji”;
  • Przeprowadzone w laboratoriach UOKIK analizy dotyczyły m.in. zawartości substancji słodzących, konserwujących, syntetycznych barwników oraz azotynów i azotanów”.

Skoro zatem szczególną uwagę poświęca się właśnie syntetycznym barwnikom (co notabene oznacza, że jednak istnieją!), to dlaczego konsument nie miałby się dowiedzieć o braku ich obecności w danym produkcie? Dlaczego informacja o braku zastosowania tego rodzaju dodatków miałaby wprowadzać konsumenta w błąd? Czy w tym wypadku zbyt wąska i literalna wykładnia przepisów organów urzędowej kontroli żywności nie ogranicza prawa konsumentów do szerokiej i rzetelnej informacji?

Post scriptum: Dla zainteresowanych raportem NIK ws. dodatków polecam także:

O „chorym” mięsie słów kilka

Agnieszka Szymecka-Wesołowska31 stycznia 2019Komentarze (0)

W tym tygodniu chciałam pozostać w temacie dodatków, bo kurz po styczniowym raporcie NIK jeszcze nie opadł. Miało być więc słów kilka o „sztucznych dodatkach”, ale na tyle wstrząsnął mną reportaż programu „Superwizjer” TVN o pozyskiwaniu mięsa z padłych i chorych krów, że nie mogę pominąć tego milczeniem i kilka słów temu właśnie chcę poświęcić. Jeśli ktoś nie widział i nie słyszał o programie „Chore mięso kupię”, to z materiałem dziennikarzy TVN 24 Tomasza Patory i Patryka Szczepaniaka można zapoznać się tu.

To, co można zobaczyć w materiale – szokuje. W programie pokazano, jak nocną porą z ciężarówek, w których chore i cierpiące zwierzęta leżały jedne na drugich, wyciągano je na linach, podciągano, taśmowo ogłuszano i ubijano. Z chorych tusz wycinano „niezdrowe” kawałki (np. ropienie) i resztę mięsa – bez żadnej kontroli lekarza weterynarii – przeznaczano do dalszej obróbki, na sprzedaż jako żywność. Zgodnie z Komunikatem Głównego Lekarza Weterynarii:

wszystkie materiały emitowane na antenie TVN, (…) dotyczą rażącego naruszenia prawa ochrony zwierząt, prowadzącego do celowego zadawania cierpienia zwierzętom gospodarskim ze szczególnym okrucieństwem. Przedstawione materiały dowodzą niezbicie, że ujawniony proceder spełniał znamiona działalności nielegalnej, gdyż ubój był prowadzony umyślnie w godzinach nocnych, celem uniknięcia nadzoru urzędowego.

Proceder ten nie tylko naruszał jednak przepisy o ochronie zwierząt gospodarskich, ale także wszelkie chyba możliwe przepisy z zakresu bezpieczeństwa żywności. Obecnie ubojni cofnięto zatwierdzenie zakładu i śledztwo trwa.

Dlaczego o tym piszę?

Program przedstawia przecież patologię, działalność przestępczą. Nie oznacza to, że wszystkie krajowe ubojnie działają w ten sposób i należy nawoływać do ich zamknięcia a naród przekonywać do rezygnacji ze spożywania mięsa. Daleko mi do tego.

Temat ten jednak skłania niewątpliwie do spojrzenia na sprawę w nieco szerszym kontekście. Od dawna przyglądam się bliżej tematowi hodowli intensywnych i związanych z nimi kwestiom etycznym i środowiskowym, a takie „historie” jak w rzeczonej ubojni tylko pokazują, że problem staje się palący, bo zapotrzebowanie na mięso stale rośnie.

Czy wiecie, że:
• w ciągu roku w celach konsumpcyjnych zabija się w Ameryce więcej zwierząt, niż jest ludzi na świecie? Ciekawe jak ta proporcja wygląda w Polsce….
• zgodnie z przewidywaniami w 2050 r. Ziemię będzie zamieszkiwać 9 do 10 miliardów ludzi?
• bogacące się ubogie społeczeństwa w pierwszej kolejności wzbogacają swą dietę w mięso?
• obecnie już hodowla zwierząt powoduje emisję gazów cieplarnianych na poziomie porównywalnym do tej wywołanej przez cały sektor transportu?
• oszczędzicie więcej wody, rezygnując z jednego kurczaka na obiad, niż nie myjąc się przez pół roku? [*]

O cierpieniu zwierząt gospodarskich nawet nie wspominam….

Powstaje więc pytanie: co dalej? Jak chcemy się z tym problemem uporać? 

Odpowiedź brzmi: CZYSTE MIĘSO.

Jest to kolejne dziecko współczesnej biotechnologii, czyli prawdziwe mięso wyhodowane z komórek zwierzęcych bez konieczności hodowania i zabijania całych istot. Wśród niektórych temat może budzić obawy – trochę jak „GMO”. Ale na pewno warto pogłębić go bliżej, rozważyć plusy i minusy. Z dogłębną analizą tematu w zakresie genezy, metod pozyskiwania, korzyści a przede wszystkim prognoz dla rynku „czystego mięsa” można zapoznać się w książce Paula Shapiro. Gorąco polecam każdemu – książkę i temat pod rozwagę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[*] Dane cytowane za P. Shapiro, Czyste mięso, wyd. Marginesy, Warszawa 2018 r.

Chemia w żywności – co konsument powinien wiedzieć

Agnieszka Szymecka-Wesołowska24 stycznia 20194 komentarze

Raport Najwyższej Izby Kontroli o substancjach dodatkowych w żywności, który ukazał się na początku stycznia, wywołał prawdziwą burzę zarówno wśród producentów jak i konsumentów żywności. NIK doniósł m.in. że przeciętny Polak wraz z dietą w ciągu roku spożywa ok. 2 kg dodatków, że najbardziej narażone na przekroczenie akceptowalnych ilości są dzieci w wieku do 10 lat, producenci używają zbyt dużo tych substancji (często w sposób nieuzasadniony) a krajowe organy kontrolne siedzą z założonymi rękami i temat dodatków mają w głębokim poważaniu.

Na reakcje nie trzeba było długo czekać.

Główny Inspektor Sanitarny w odwecie od razu uspokajał, że przytaczane w raporcie dane nie mogą być podstawą do twierdzenia, że w przypadku populacji polskiej istnieje ryzyko przekroczenia dopuszczalnego, dziennego pobrania (ADI) dla substancji dodatkowych. GIS wyliczył podejmowane przez siebie działania w zakresie ochrony społeczeństwa przez dodatkami i podkreślał, że stosowanie substancji dodatkowych do żywności jest ściśle uregulowane na poziomie Unii Europejskiej (używane mogą być tylko te, które znalazły się w unijnym rejestrze i w ilościach ściśle tam określonych) a oceną ich bezpieczeństwa i zajmuje się Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Ze stanowiskiem GIS można się zapoznać tu.

Nie zabrakło także stanowiska producentów, w imieniu których wypowiedziała się m.in. Polska Federacja Producentów Żywności. Wedle PFPŻ, sensacyjne i pełne nieścisłości doniesienia NIK podważają wiarygodność systemu urzędowej kontroli żywności i bezpieczeństwa polskich produktów żywnościowych. Przeprowadzone badania są niemiarodajne i opracowane w sposób tendencyjny. „Gdyby instytucje kontrolne, łącznie z Europejskim Urzędem ds. Bezpieczeństwa Żywności, który decyduje o zasadach stosowania dodatków do żywności i gwarantuje ich bezpieczeństwo, chciały potraktować na serio to, co napisał NIK, nie patrząc na te wszystkie błędy, które tam się znajdują, to praktycznie produkcja żywności w Polsce i Unii Europejskiej musiałaby zostać wstrzymana” – podkreślił dyrektor generalny tej organizacji. Uspokajał też, że polska żywność jest całkowicie bezpieczna, również w zakresie stosowania dodatków do żywności, a reprezentatywne badania nie potwierdzają przekroczeń ADI. Z całością wypowiedzi można się zapoznać m.in. tu lub tu.

I jak ma się w tym odnaleźć przeciętny konsument, zwłaszcza kiedy z okładki „Wprost” Ewa Chodakowska ostrzega: „Nie daj się otruć!” a tygodnik ten przedstawia raport – bazujący na raporcie NIK – zadając retoryczne pytanie: „Czy kiełbasa może zabić?

Inne głosy w mediach w tym duchu można by mnożyć tu bez końca.

Komu więc wierzyć? Kto ma rację? Czy rzeczywiście można się czuć bezpiecznie robiąc swoje codzienne zakupy w supermarkecie?

Moją pierwszą i wręcz automatyczną reakcją na raport NIK była myśl, że NIK niepotrzebnie straszy ludzi bazując na ich panicznym strachu przed E-dodatkami (tak, tak – jak pokazują badania, Polacy w żywności najbardziej boją się właśnie dodatków i to bardziej niż GMO czy pestycydów). Przecież wszystko jest pod kontrolą – pomyślałam. Unijny reżim prawny w tym zakresie jasno mówi, jakie substancje, do czego i jakich ilościach można dodawać, a EFSA na bieżąco monitoruje i kontroluje dopuszczane substancje (reguluje to rozporządzenie nr 1333/2008). Producenci stosują się do tych wytycznych (o tych co świadomie łamią prawo tu nie mówię) a inspekcje ich kontrolują. Wiem, bo przecież spotykam się z tymi sprawami na co dzień.

Wszystko więc ZNOWU rozbija się o świadomość  konsumentów i czytanie etykiet! Każdy racjonalny konsument powinien chyba wiedzieć, że żywność przetworzona to nie jest najczęściej „samo zdrowie” (BTW: dodatków nie można dodawać do produktów nieprzetworzonych), więc jeśli ktoś nie ma ochoty spożywać E-składników, to może wybierać produkty bardziej ostrożnie a przede wszystkim czytać etykiety. Tak myślałam – w dużym uproszczeniu.

A potem przeczytałam raport NIK…..

Nie mogę powiedzieć, że zgadzam się ze wszystkim, co przeczytałam w raporcie, ale jedna rzecz naprawdę dała mi do myślenia.

Czy informacja, jaką dostaje konsument o produkcie jest rzeczywiście wystarczająca? NIK dowodzi: „zachęcanie do czytania etykiet i dokonywania świadomych wyborów, przy obowiązujących wymogach w zakresie znakowania produktów oraz posiadanej przez konsumentów wiedzy w zakresie dodatków do żywności, tylko pozornie może sprzyjać realizacji celu pełnej informacji. Aktualnie z etykiety produktu żywnościowego konsument może się dowiedzieć jedynie jakie dodatki zastosował producent i to pod warunkiem, że producent użyje symboliki „E z numerem” (większość konsumentów posiada bowiem wiedzę, że dodatki do żywności oznaczane są za pomocą litery „E”). Jeżeli natomiast producent użyje drugiej dozwolonej formy znakowania, czyli nazwy substancji i jej funkcji technologicznej, to nawet wysoko wykształcony konsument będzie miał problem z zakwalifikowaniem składników do grupy dodatków do żywności„.

Tutaj broniłam się myśląc, że co to różnica dla konsumenta, czy w wykazie składników będzie napisane „Neohesperydyna DC” czy „E 959”? Jeśli konsument chce jeść zdrowo, to nie sięga po produkty, które mają w sobie składniki o enigmatycznie brzmiących nazwach. A jeśli jest mu wszystko jedno, to będzie mu też obojętnie jakiej terminologii użyje producent w oznakowaniu.

W raporcie NIK podkreślał też jednak wielokrotnie (a w zasadzie był to główny zarzut pod adresem prawa i organów kontrolnych), że główną słabością systemu jest brak identyfikacji ryzyka i zagrożeń wynikających z kumulacji wielu substancji dodatkowych w jednym produkcie czy kumulacji wielu dodatków pochodzących z różnych źródeł oraz ewentualnego działania i interakcji  z innymi składnikami produktu, składnikami diety czy lekami. 

Tutaj myślałam jeszcze – no zaraz, przecież EFSA bierze to pod uwagę oceniając poszczególne dodatki i dopuszczając je do poszczególnych rodzajów produktów, dzięki czemu szacuje średnie spożycie w danej populacji. Przecież art. 14 ust. 4 rozporządzenia nr 178/2002 wyraźnie stanowi, że: „Podczas podejmowania decyzji, że środek spożywczy jest szkodliwy dla zdrowia, należy mieć na względzie: 

a) nie tylko prawdopodobne natychmiastowe i/lub krótkotrwałe i/lub długofalowe skutki tej żywności dla zdrowia spożywającej jej osoby, ale także dla następnych pokoleń;

b) ewentualne skutki skumulowania toksyczności;

c) szczególną wrażliwość zdrowotną określonej kategorii konsumentów, jeżeli środek spożywczy jest przeznaczony dla tej kategorii konsumentów.” 

Dopuszczone zatem dodatki, przy racjonalnej diecie nie mogą więc szkodzić. Przeciętny konsument powinien natomiast wiedzieć, że w nadmiarze, to nawet owoce i woda mogą zaszkodzić (a co tu mówić o dodatkach!).

Zadawałam też sobie pytanie – jak niby Główny Inspektor Sanitarny (czy jakikolwiek inny organ) miałby kontrolować tę kumulację? W trosce o zdrowie społeczeństwa inspektorzy będą zaglądać ludziom do koszyków sklepowych i domowych lodówek?! A może wprowadzimy reglamentację pewnych produktów i jakiś system kartek żywieniowych?!

Tak sobie właśnie drwiłam w myślach, dopóki nie zobaczyłam tego……

 

Pomysł ten uderzył mnie w swojej prostocie! Ta propozycja podawania informacji o zawartych w produkcie substancjach dodatkowych to czysta analogia do podawania informacji o wartości odżywczej produktu! Konsument nie tylko widzi, ile w danym produkcie jest dodatków, ale także jaką stanowią one część akceptowalnego dziennego spożycia. Dzięki takiej informacji mógłby kontrolować nie tylko spożywaną dziennie ilość tłuszczu czy cukru, ale także poszczególnych rodzajów substancji dodatkowych!

W tym miejscu puściłam też wodze fantazji i oczami wyobraźni zobaczyłam już wszystkie super-inteligentne aplikacje, które sczytując informacje zakodowane na etykietach produktów, informowałyby użytkownika-konsumenta ile danego dodatku może w danym tygodniu jeszcze spożyć, żeby sobie nie zaszkodzić a z jakich powinien zrezygnować w najbliższym czasie.

Ale nawet zanim takie aplikacje każdy z nas będzie miał na swoim smartfonie – chyba nikt nie zaprzeczy, że taka transparentność informacyjna przydałaby się konsumentom już teraz. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, z jakimi trudnościami po stronie producentów by się to wiązało. Na pewno nie odbyłoby się to bezkosztowo także dla konsumentów, ale tak jak branża poradziła sobie z nowymi wymogami w zakresie wartości odżywczej i jak zaraz będzie sobie radzić w zakresie deklaracji pochodzenia podstawowego składnika, tak na pewno poradziłaby sobie z takim nowym wyzwaniem.

Myślę więc, że warto zacząć inicjować dyskusję na ten temat. A skoro to Polacy boją się dodatków najbardziej, to reprezentanci Polski mogliby być promotorami tej idei na forum unijnym.

 

 

 

 

 

 

Sylwestrowe dylematy czyli Champagne vs. Prosecco DOC

Agnieszka Szymecka-Wesołowska31 grudnia 20182 komentarze

Rok dobiega końca. To czas na podsumowania i noworoczne postanowienia. Ja jednak skupię się na tym, co tu i teraz, a dokładniej na tym, czym dziś wieczorem będziemy raczyć podniebienia.

Tradycyjnie oczywiście sylwestrowa noc kojarzy się z „szampanem”. Ten prawdziwy – produkowany w północno-wschodniej Francji – został zastrzeżony już na początku XX wieku a obecnie nazwa „Champagne” jest ściśle chroniona w unijnym systemie chronionych nazw pochodzenia. Tak nazwane może być wyłącznie wino produkowane w Szampanii i tylko zgodnie z ustaloną specyfikacją.

Zgodnie z art. 103 ust. 2 rozporządzenia nr 103/2013, zastrzeżona nazwa pochodzenia wina jest bardzo szeroko chroniona. Co to oznacza? Oznacza to tyle, że nazwy „szampan” nie tylko nie mogą używać inne wina musujące (dość wspomnieć, że np. pod koniec lat 90-tych XX w. wieś Champagne w szwajcarskim kantonie de Vaud musiała zaprzestać używania tej nazwy na etykietach win produkowanych w tym rejonie), ale także produkty zupełnie innego rodzaju.

Zgodnie bowiem z przepisami nazwa jest chroniona przed wszelkim bezpośrednim lub niebezpośrednim wykorzystaniem w celach handlowych, „w zakresie, w jakim takie zastosowanie wykorzystuje reputację nazwy pochodzenia”. I tak, zakwestionowana została nazwa perfum Champagne sprzedawanych w butelkach w kształcie korka od szampana firmy Yves Saint Laurent. Podobny los spotkał odniesienie na nazwy „Champagne” na butelkach wody mineralnej Perrier. A pod koniec 2017 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że niedozwolone jest stosowanie nazwy „Szampański sorbet” na lodach (o tym orzeczeniu można więcej przeczytać tutaj).

Tyle o „szampanie”.

A teraz słów kilka o jego włoskim kuzynie – i moim absolutnym ulubieńcu – Prosecco!

Prosecco DOC to nazwa wina również chroniona w unijnym systemie ochrony nazw pochodzenia i oznaczeń geograficznych, zarezerwowana dla win musujących produkowanych północno-wschodniej części Włoch a dokładniej na obszarze pięciu prowincji regionu Veneto (Treviso, Venezia, Vicenza, Padova, Belluno) i czterech regionu Friuli-Wenecja Julijska (Gorizia, Pordenone, Trieste e Udine).

Zgodnie z powołanym wcześniej unijnym przepisem, takie nazwy chronione są m.in. „przed wszelkim niewłaściwym stosowaniem, naśladowaniem lub przywołaniem, nawet jeśli podano prawdziwe pochodzenie produktu lub usługi lub jeżeli podano chronioną nazwę w tłumaczeniu, w formie transkrybowanej lub transliterowanej, w tym z towarzyszącym jej określeniem takim jak: „w stylu”, „typu”, „zgodnie z metodą”, „jak produkowane w”, „imitacja”, „o smaku”, „podobne do” lub podobne”.

Żeby zapobiec więc wszelkim pomyłkom, organizacja stojąca na straży nazwy (tj. Consorzio di Tutela) podaje na swojej stronie wskazówki, jak rozróżnić prawdziwe Prosecco DOC. Można zapoznać się z nimi tu.

Czymkolwiek jednak będziecie dziś witać Nowy Rok – życzę Wam, w imieniu swoim i całego zespołu Centrum Prawa Żywnościowego – wszelkiej pomyślności, sukcesów w biznesie i dobrych regulacji rynku spożywczego! 🙂

Prawo o wigilijnym karpiu

Agnieszka Szymecka-Wesołowska24 grudnia 2018Komentarze (0)

Święta już tuż, tuż. U mnie wszystkie wigilijne potrawy już gotowe i czekają na kolację. W tym przygotowany na kilka sposobów karp. O karpiu od kilku lat przed świętami jest bardzo głośno. Jest głównym bohaterem wielu happeningów, apeli; jest też przyczyną bojkotów niektórych sklepów i punktów sprzedaży. Dlaczego?

Chodzi o zakup żywego karpia i transportowanie go w plastikowej torbie bez wody. Dla ryby to bezdyskusyjne cierpienie. Potwierdził to Sąd Najwyższy w słynnym już orzeczeniu sprzed dwóch lat (sygn. akt II KK 281/16), w którym stwierdził, że:

  • naturalnym środowiskiem ryby jest środowisko wodne, a więc ryby powinny być transportowane i przetrzymywane tylko w środowisku wodnym
  • transportowanie i przetrzymywanie ryb w pojemnikach pozbawionych wody, czy też przenoszenie ich w workach foliowych nie jest humanitarnym traktowaniem zwierzęcia i może wyczerpywać znamiona znęcania się nad nim
  • uśmiercanie ryb winno odbywać się w sposób humanitarny polegający na zadawaniu minimum cierpienia fizycznego i psychicznego.

O wspominany wyrok Sądu Najwyższego walczyła niezłomnie mec. Karolina Kuszlewicz. Zapraszam do rozmowy z nią na slowlaw 🙂

To w kontekście prawa ochrony zwierząt.

A jak wygląda status karpia w świetle prawa żywnościowego? Czy taki żywy karp jest „żywnością” w świetle przepisów prawno-żywnościowych?

Odpowiedź brzmi: tak!

Zgodnie bowiem z prawną definicją żywności (zawartą w art. 2 rozporządzenia nr 178/2002) uznaje się za nią: „jakiekolwiek substancje lub produkty, przetworzone, częściowo przetworzone lub nieprzetworzone, przeznaczone do spożycia przez ludzi lub, których spożycia przez ludzi można się spodziewać. (…)” Natomiast za żywność (środki spożywcze) nie uważa się m.in.: roślin przed dokonaniem zbiorów ani „zwierząt żywych, chyba że mają być one wprowadzone na rynek do spożycia przez ludzi„. Karp pływający w sklepowym basenie to więc w świetle prawa jak najbardziej…. środek spożywczy. 

Życzę więc wszystkim smacznego i humanitarnie potraktowanego karpia 🙂