Slider

Stany Zjednoczone coraz bliżej nas i to nie dlatego (a przynajmniej nie tylko dlatego), że Prezydent Donald Trump odwiedził naszego wschodniego sąsiada, ale także dlatego, że Centrum Prawa Żywnościowego startuje z długo wyczekiwanym szkoleniem z zakresu amerykańskiego prawa żywnościowego!

Szkolenie skupia się na zasadach znakowania produktów spożywczych kierowanych na rynek USA, omawiane będą możliwe sposoby interpretacji i stosowania nowych przepisów, z uwzględnieniem praktyki rynkowej i praktyki FDA (Food and Drug Administration).

O nowych amerykańskich regulacjach pisałam w jednym z poprzednich wpisów (tu)  a temat cieszył się Waszym  dużym zainteresowaniem 🙂

Dlaczego? Bo jak widać rynek amerykański staje się coraz bardziej atrakcyjny dla rodzimych przedsiębiorców. Dobrze, bo nasze produkty są warte poznania.

Photo by Miesha Moriniere from Pexels

 

O zwiększonym zainteresowaniu amerykańskim rynkiem można poczytać np. tu:

http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/polscy-producenci-chca-zwiekszyc-eksport-zywnosci-do-usa,146051.html

https://www.topagrar.pl/articles/zywienie-swin/usa-kupuje-wiecej-zywnosci-z-polski/

http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/starczewska-krzysztoszek-rosnie-eksport-do-usa-spada-do-wielkiej-brytanii,156014.html

Pierwsze szkolenie CPŻ z tego tematu odbędzie się już 21 września 2018 r. w Warszawie, a kolejne 24 września w Krakowie.

Zapisywać można się: tu!

Zapraszamy! 

 

Sztuczna inteligencja, algorytmy, roboty wkraczają w naszą rzeczywistość coraz bardziej dynamicznie i zauważalnie. Coraz częściej słyszymy, że niebawem roboty zastąpią kierowców, kasjerów, baristów a nawet dentystów. Zresztą wystarczy rozejrzeć się dookoła: bezzałogowe samochody Tesli czy Googla już jeżdżą po drogach, w Honkongu i San Francisco działa Cafe X, w którym kawę podają roboty, w Chinach robot przeprowadził już zabieg wszczepienia implantu zęba a w warszawskim czy wrocławskim supermarkecie zakupy można rozliczyć bez udziału sprzedawcy. To się po prostu dzieje. Zgodnie z raportem Światowego Forum Ekonomicznego „Future of Jobs” już do 2020 r. sztuczna inteligencja pozbawi ludzi 5 mln miejsc pracy.

Oczywiście, wedle prognoz, tendencja ta nie ominie także zawodów prawniczych. Algorytmy automatyzacyjne zastąpią ludzi w wielu powtarzanych czynnościach. Już dziś funkcjonują takie systemy jak DoNotPay, Ross Lawyer, czy „smart-kontrakty”.

Zadaję więc sobie pytanie, jak to się potoczy w naszej dziedzinie – prawa żywnościowego. Zakładam, że tutaj na pierwszy ogień pójdzie przygotowywanie etykiet produktów. Być może szybciej niż myślimy, każda firma spożywcza będzie miała na stanie swojego własnego „label-bota”, który będzie nie tylko projektował etykiety od strony graficznej, ale pilnował jednocześnie zgodności z regulacjami prawa unijnego i każdego innego wybranego państwa świata, orzecznictwem sądów a nawet praktyką poszczególnych organów kontrolnych. Będzie wskazywał i oceniał ryzyka poszczególnych opcji oświadczeń i dobrowolnych informacji.

Zanim jednak ziści się taki scenariusz, musimy radzić sobie sami. I naszym celem jest pomoc przedsiębiorcom w tym zadaniu.

Dlatego też już dziś serdecznie zapraszam do lektury naszego NOWEGO KOMENTARZA DO ROZPORZĄDZENIA NR 1169/2011, czyli „konstytucji” prawa regulującego znakowanie i reklamę żywności. Komentarz ukaże się nakładem wydawnictwa Wolters Kluwer już za 3 tygodnie!

Znakowanie prezentacja g 29

W połowie kwietnia w halach wystawienniczych EXPO XXI odbyły się Międzynarodowe Targi Żywności i Napojów WorldFood Warsaw. Jedna z wystaw była poświęcona żywności „made in Italy” a ja miałam przyjemność testować i oceniać te wspaniałości jako sędzia w ramach konkursu organizowanego przez  Bellavita, czyli platformę B2B dedykowaną promocji włoskiej żywności na świecie. Co wywarło na mnie największe wrażenie?  

belavita2

Wyznaczono mi do oceny dwanaście produktów:

  • passata pomidorowa Orominevra uznana przez Gambero Rosso za najlepszą passatę w Włoszech! (amatorom włoskich pyszności gorąco polecam odwiedziny strony: http://www.gamberorosso.it/it/),
  • paluszki a raczej paluchy Piavettini…. z kurkumą (niespotykany smak; przy okazji – o naszej polskiej makaronowej wojnie o kurkumę pisałam tutaj),
  • oliwa z oliwek Tuscus w kobaltowej butelce (moje największe odkrycie: czy wiecie, że niebieskie szkło butelki lepiej chroni oliwę niż zielone, do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni?),
  • owczy ser pecorino z białymi truflami Toscobosco (klasa, klasa i jeszcze raz klasa –  nie mogło być przecież inaczej z najwykwintniejszym składnikiem włoskiej kuchni),
  • po serze oczywiście prosciutto crudo od Bedogni Egidio (szynka rozpływająca się w ustach – tak, to możliwe – również laureat Gambero Rosso i to do nabycia w hurtowni w Ząbkach!),
  • neapolitańskie friarelli La Torrente (w Rzymie nazywane „broccoletti”, w Apulii „cime di rapa”, w Toskanii „rapini” a ja bym je nazwała po prostu „włoskim jarmużem”),
  • na dokładkę kolejne prosciutto crudo tym razem firmy Zuarina (równie smaczna i delikatna co pierwsza),
  • w menu nie mogło zabraknąć także pesto, próbowałam pesto alla Genevese La Doria (czyli klasyczne, zielone, bazyliowe),
  • wszystko popite…. (nie, nie winem, bo środek dnia a samochód czekał na parkingu) …. tonikiem Abbondio Bianca Gazzosa (tonik orzeźwiający, a do tego jaki design butelek!),

abbondito

  • no i deser – masło z pistacji od Gay-Odin (absolutny raj dla podniebienia, postanowiłam zakupić skrzynkę słoiczków i rozdawać każdemu z pochmurną miną),
  • jak deser to i kawa (trafiła mi się pyszna aromatyczna Intenso)
  • a na zakończenie i dobre trawienie herbata BioTea (delektowałam się uprawianą w chinach Pu Erh Tea; właściciel marki Edoardo to prawdziwy  koneser i wizjoner z misją przekonania Włochów do picia herbaty, zadanie wydaje się być „mission impossible”, ale patrząc na liczbę podchodzących do stoiska innych włoskich wystawców po to tylko, by ukoić kubki smakowe herbatą – moim zdaniem jak najbardziej wykonalne!)     

biotea

„A co z makaronem, włoską pastą?!” Oczywiście była. We włosko-szwajcarskiej odsłonie, bo gotował dla mnie (i nie tylko dla mnie 😉) Kurt Scheller! Tagliatelle al pecorino! Palce lizać.

belavita

 

IMG_7545

Zwycięzca konkursu? Zwyciężyła „Arbollita Sauce with Pulses and Truffle (Gluten Free)” Toscobosco, czyli pasta na bazie warzyw z truflami. Otrzymała tytuł “BEST ITALIAN PRODUKT 2018”. Kobaltowa oliwa z oliwek Tuscus Re Laris Grand Cru Extra-Virgin została wyróżniona w kategorii “TASTE GOOD AWARD”, a tytuł “BEST BRAND IDENTITY” powędrował do Pu Erh Tea od BioTea. Nie mogło zabraknąć także innowacji i tutaj zwycięzcą został produkt firmy Italgelatine tj. „Instant Gelatin (Gluten Free, Sugar Free)”.

tuscus

Na rynku napojów głośno ostatnio o sprawie ugody zawartej pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów z Katowic, który wprowadzał do obrotu produkt pod nazwą „John Lemon”. Ugoda zawarta – od listopada nazwa napoju nie może być już stosowana. Jak podają media nazwa zostanie zmieniona na „On Lemon”. Ciekawe jednak, jakby potoczyły się losy napoju, gdyby producent z Katowic chciał zawalczyć o pierwotną nazwę. Czy miałby szansę wygranej? Zapytałam o opinię eksperta – Mikołaja Lecha – rzecznika patentowego, który – bardzo aktywnie i ciekawie – prowadzi bloga o prawnej ochronie marki. Oto komentarz Mikołaja:

Sprawa ugody pomiędzy Yoko Ono a producentem napojów John Lemon jest medialna aczkolwiek o szczegółach wiadomo niewiele. To co jest pewne, to fakt, że znak towarowy John Lemon został zarejestrowany w EUIPO w 2013 r. Uzyskanie takiej ochrony pomaga, ale nie daje 100% bezpieczeństwa. Jeżeli poprzez rejestrację naruszone zostały prawa osób trzecich np. dobra osobiste, to w przeciągu 5-ciu lat zainteresowana osoba może podjąć próbę jego unieważnienia.

Szczerze żałuję, że Yoko Ono udało się zastraszyć polską firmę bo sprawa byłaby interesująca. Z doniesień prasowych wynika, że powołuje się ona m.in. na zarejestrowane znaki towarowe John Lenon. Faktycznie ma ich wiele. Problem w tym, że te sprzed 2013 r. ochronę mają głównie na terytorium USA a znaki unijne zarejestrowała w 2016 r. Nie ma więc jak powołać się na kolizję z zarejestrowanymi znakami. Mogłaby próbować udowadniać, że określenie John Lenon jest tzw. znakiem powszechnie znanym. Jest to jednak zadanie bardzo trudne, chociażby z tego powodu, że ta powszechna znajomość musiałaby odnosić się do napojów a nie samego faktu kojarzenia muzyka.

No i na końcu mamy dobra osobiste do imienia i nazwiska. Naruszenie nie jest wcale takie oczywiste bo zastosowano tutaj grę słów. Określenie „Lennon” zamieniono na „Lemon”. A w kontekście napojów cytrynowych jest to wyrażenie opisowe, którego nie da się zmonopolizować. Nie da się ukryć, że skojarzenia, które budzi ta marka są jednoznaczne, ale wynik takiego sporu moim zdaniem nie byłby wcale taki oczywisty. Niemniej jestem w stanie zrozumieć dlaczego polska firma zawarła ugodę. Gdyby doszło do próby unieważnienia tego znaku, to patrząc na chociażby spór o klocek LEGO, sprawa we wszystkich instancjach mogłaby trwać około 8 lat. W takim przypadku, kiedy wynik sprawy był niepewny, mniej bolesne okazała się zmiana nazwy.

Swoją drogą zwracam uwagę na to, że wrzawa medialna o tej sprawie na pewno wyraźnie wpłynie na sprzedaż tego napoju. Ja z czystej ciekawości bym go teraz kupił 🙂

Ja również 🙂

Miło mi obwieścić, że dziś Centrum Prawa Żywnościowego odniosło duży sukces dla branży producentów makaronów. Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie podzielił naszą argumentację, że nazwa „makaron”, w przypadku makaronu z dodatkiem kurkumy, nie wprowadza konsumenta w błąd. Tym samym, na określenie takiego produktu, wystarczające i dopuszczalne jest użycie nazwy „makaron” i nie ma konieczności – jak wymagała tego dotychczas Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych  – dookreślania w samej nazwie obecności tej przyprawy (tj. używania nazwy „makaron z kurkumą” lub „makaron z dodatkiem kurkumy”). Inspektorzy wymagali tej informacji z uwagi na to, że konsumenci mogli mieć wrażenie, że taki makaron – o nieco zmienionej barwie – jest makaronem jajecznym. NSA uznał jednak, że jeśli konsument chce dowiedzieć się, czy makaron zawiera jaja czy nie, zagląda do wykazu składników.

To już drugie orzeczenie NSA w tego rodzaju sprawie. Można więc mówić o jednolitej linii orzeczniczej. Dla producentów oznacza tyle, że nazwa „makaron”, w przypadku makaronu z zawartością kurkumy, nie powinna być już więcej kwestionowana, a dla konsumentów tyle, że muszą zapoznawać się z wykazem składników.

Podczas dzisiejszej rozprawy Sąd wiele uwagi poświęcił koncepcji przeciętnego konsumenta. Z orzeczenia wynika, że jest to – a przynajmniej powinna być – osoba czytająca etykiety. Osobiście mnie to cieszy, bo takie orzeczenie ma walor edukacyjny i kształtuje standard świadomości konsumenckiej. Nie zwalnia konsumentów z lektury etykiety. Po to bowiem prawodawca drobiazgowo reguluje, co ma się na etykiecie znaleźć, żeby ktoś z tej informacji korzystał.

O wyroku pisały także media: 

  1. Makaron z kurkumą to jednak makaron – serwis handelextra.pl
  2. NSA: makaron z kurkumą to „makaron”. Nazwa nie wprowadza w błąd – serwis portalspozywczy.pl