Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

Afera rogalowa

Agnieszka Szymecka-Wesołowska09 listopada 2018Komentarze (0)

11 listopada cała Polska świętuje obchody 100 lat Niepodległej, ale tylko Poznań świętuje podwójnie! Tego dnia przypada też dzień Św. Marcina a wtedy – co wszyscy smakosze wiedzą doskonale – w Poznaniu odbywa się rogalowe szaleństwo. To jak pączek w tłusty czwartek i mazurek na Wielkanoc. Wszyscy biegną do cukierni po tradycyjnego „Rogala świętomarcińskiego”.

Traditional polish st. Martins croissants. Typical Poznan bakery – Rogal Swietomarcinski pastry.

 

 

 

 

 

 

 

 

Żeby oddać wagę zjawiska, podam tylko, że wedle szacunków obecnie producenci z Poznania sprzedają w dniu Świętego Marcina średnio 250 ton tego wyrobu, natomiast w skali rocznej sprzedaż wynosi około 500 ton. I ja dzisiaj właśnie o tym rogalu słów kilka chcę napisać.

Na początek trochę historii.

Historia pieczenia rogali zrodziła się w 1891 roku, kiedy to proboszcz poznańskiej parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych aby wzorem patrona zrobili coś dla biednych. W przekazach kościelnych św. Marcin był znany ze swojej dobroci i pomocy biednym. Jak głosi legenda pewnego dnia odwiedzając wiernych na swoim białym koniu zgubił podkowę, którą podniósł miejscowy cukiernik i wzorując się jej kształtem uformował ciasto z migdałami. Gdy rogale były upieczone – pamiętając o intencjach świętego – rozdał je potrzebującym. Obecny na wspomnianej mszy jeden z cukierników Józef Melzer, który pracował w pobliskiej cukierni, namówił swojego szefa, aby upiec rogale. I tak Rogale Marcińskie trafiły na poznańskie ulice. Okazuje się jednak, że geneza rogali może być nawet dużo starsza, bo pierwsze wzmianki o kształcie największego przysmaku regionu pochodzą jeszcze z czasów pogańskich, kiedy to podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z ciasta zawijanego w bawole rogi.

Tyle historii. A teraz wróćmy do współczesności.

Obecnie nazwa „Rogal Świętomarciński” jest zarejestrowana jako chronione oznaczenie geograficzne w unijnym rejestrze. To ten sam rejestr, do którego trafiły oscypki, parmiggiano reggiano czy prosciutto di Parma. Nazwy takich produktów są szczególnie chronione a producenci tych wyrobów mogą się posługiwać specjalnym znakiem jakości.

 

 

 

 

O rejestrację takiego produktu wnioskuje zainteresowana grupa producentów z określonego obszaru geograficznego podając związki wyrobu z danym obszarem i tradycyjną recepturę zgodnie z którą – po rejestracji – należy przygotowywać produkt. Kto nie przestrzega ścisłej receptury – nie może nazywać swojego wyrobu chronioną nazwą.

Spójrzmy więc na zarejestrowaną recepturę „Rogala Świętomarcińskiego”.


Tak, zamiast masła (raczej typowego składnika większości „tradycyjnych” wypieków) mamy margarynę a zamiast migdałów aromat migdałowy. Jest też masa jajowa zamiast jajek (prosto ze skorupki).

Ktoś zapyta dlaczego poznańscy cukiernicy, zgłaszając rogala, nie zadbali o bardziej jakościowy skład?

Moim zdaniem dlatego, że nie chcieli podzielić losu podhalańskich baców, którzy rejestrując oscypka przestrzelili z rygorystycznymi warunkami produkcji. Tak wyśrubowali swoją recepturę, że niedługo po rejestracji produkcja „prawdziwych oscypków” stała się dla wielu problematyczna. Koszty produkcji wzrosły, okres możliwej sprzedaży się skrócił (jest on dozwolony tylko w czasie wypasu owiec, tj. od maja do października) a kontrole inspekcji stały się częstsze. W rezultacie Zakopane zaroiło się od serów wyglądających jak oscypki, które są sprzedawane pod innymi nazwami: „ser owczy”, „tatrzański” czy po prostu „tradycyjny wędzony”. Zakładam więc, że poznańscy cukiernicy woleli dmuchać na zimne. Widomo, ciasto na margarynie łatwiej się wyrabia (nie topi się jak masło) a orzechy (zwłaszcza arachidowe), którymi dekoruje się rogale kosztują znacznie mniej niż migdały.

A teraz najważniejsze. Jakie są konsekwencje prawne takiej rejestracji?

Konsekwencje prawne są takie, że rogal wypieczony na maśle, jajach, obtoczony w migdałach nie może nosić nazwy „Rogal świętomarciński”. Tradycyjny jest bowiem tylko ten na margarynie z fistaszkami. Tym samym cukiernik, który użyłby takiej nazwy naraża się na kary pieniężne. Zgodnie bowiem z art. 58b ustawy z dnia 17 grudnia 2004 r. o rejestracji i ochronie nazw i oznaczeń produktów rolnych i środków spożywczych oraz o produktach tradycyjnych, kto używa nazwy zarejestrowanej jako chronione oznaczenie geograficzne niezgodnie ze specyfikacją, podlega karze pieniężnej w wysokości do dziesięciokrotności przeciętnego wynagrodzenia, czyli do ok. 48.000 zł!

Konkluzja nasuwa się więc sama – jeśli 11 listopada będziesz szukać rogala na maśle z migdałami, szukaj rogala o innej nazwie niż „Rogal świętomarciński”.

Nie dziwi mnie złość niektórych właścicieli poznańskich cukierni, którzy chcieliby wyrabiać rogale na maśle i korzystać z tradycyjnej nazwy, ale nie mogą. Co o tym sądzą – można zobaczyć i posłuchać na GASTRO VLOGu.

 

 

 

Podwójna jakość żywności – nie taki diabeł straszny

Agnieszka Szymecka-Wesołowska03 listopada 2018Komentarze (0)

Zjawisko dobrej „chemii z Niemiec” jest znane chyba każdemu. Okazuje się jednak, że „dobre, bo zachodnie” dotyczy także rynku żywności. Tak przynajmniej twierdzą Czesi, Słowacy, Węgry a także Komisja Europejska, która już od zeszłego roku zajmuje się tym problemem. Przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker, w swoim orędziu wygłoszonym w zeszłym roku podkreślał, że „w Unii Europejskiej, w której wszyscy są równi, nie może być konsumentów drugiej kategorii i nie można zaakceptować tego, że w niektórych częściach Europy sprzedaje się żywność niższej jakości niż w innych krajach pomimo identycznego opakowania i marki”. Rozwiązanie tego problemu ma odbudować zaś wiarę europejskich obywateli w jednolity rynek. Super. Brzmi dobrze (zwłaszcza w kontekście rosnącego nacjonalizmu w wielu krajach UE). Idźmy dalej.

We wrześniu 2017 r. ukazało się Zawiadomienie w tej sprawie, w którym Komisja przyznaje, że „nawet produkty sprzedawane pod tą samą marką mogą mieć różne cechy z uwagi na uzasadnione czynniki, takie jak miejsce wytworzenia lub preferencje klientów w danych regionach docelowych” (czyli swoboda działalności gospodarczej będzie jednak dalej dozwolona…..), ale to co jest tutaj niepokojące to „wprowadzanie do obrotu towarów pod tą samą marką, ale z różnym składem, w sposób, który może wprowadzać konsumenta w błąd.”

I to wprowadzanie w błąd jest tutaj kluczowe. Oznacza to bowiem, że producenci mogą różnicować skład lub inne cechy produktów przeznaczonych na rynki różnych państw, ale muszą o tych różnicach informować konsumentów, tak by umożliwiać im podejmowanie świadomych decyzji. Ok. Pełna zgoda. Ale jak zdefiniować w tym kontekście informację, która wprowadza konsumenta w błąd?

Nawet jeśli bowiem produkt tej samej marki i w podobnym oznakowaniu jest wprowadzony w „zachodniej Europie” z innym składem (w domniemaniu lepszym – choć o tym za chwilę), to ja w Polsce mam przecież wyraźnie podany w wykazie składników skład jego odpowiednika, więc nie bardzo rozumiem, co miałoby mnie tutaj wprowadzać w błąd.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wielokrotnie w swoim orzecznictwie podkreślał, że „konsumenci, których decyzja o zakupie jest determinowana przez kompozycję produktu, czytają najpierw listę składników, której zamieszczenie jest obowiązkowe, dzięki czemu ryzyko wprowadzenia ich w błąd jest minimalne (…). Informowanie uważnego konsumenta o składzie produktu jest wystarczająco zapewnione przez listę składników”. Jeśli zatem jest dla mnie ważne, czy baton ma w składzie olej palmowy czy słonecznikowy, albo czy zamiast cukru napój jest słodzony słodzikiem, to sobie sprawdzam skład (choć osobiście to raczej czysto teoretycznie, bo batonów nie jadam a słodzonych napojów nie pijam). No ale teoretycznie…. jeśli więc widzę, że w składzie występuje niepożądany składnik, to sięgam po inny konkurencyjny produkt. I szczerze powiedziawszy, średnio mnie interesuje jaki składnik produkt tej samej marki ma w odległej o 1000 km Hiszpanii.

Nie zapominajmy także o istniejących już przepisach prawa żywnościowego, które od dawna regulują tę kwestię. Zgodnie z rozporządzeniem nr 1169/2011, czyli podstawowym aktem prawnym regulującym zasady znakowania żywności:

„informacje na temat żywności nie mogą wprowadzać w błąd m.in. „przez sugerowanie za pomocą wyglądu, opisu lub rysunku obecności konkretnego środka spożywczego lub składnika, gdy w rzeczywistości komponent naturalnie występujący lub składnik normalnie używany w danym środku spożywczym został zastąpiony innym komponentem lub innym składnikiem”

I dalej, zgodnie z tym samym aktem prawnym:

W przypadku środków spożywczych, w których komponent lub składnik, których normalnego stosowania lub naturalnej obecności oczekują konsumenci, został zastąpiony innym komponentem lub składnikiem, etykietowanie zawiera – oprócz wykazu składników – jasne wskazanie, że ten komponent lub składnik został użyty w ramach częściowego lub całkowitego zastąpienia:
a) bezpośrednio w pobliżu nazwy produktu; oraz
b) z wykorzystaniem rozmiaru czcionki o wysokości x wynoszącej co najmniej 75 % wysokości x nazwy produktu i nie mniejszego niż minimalny rozmiar czcionki wymagany w art. 13 ust. 2 niniejszego rozporządzenia.”

Czyli nawet zakładając, że konsument oczekuje, że jego ulubione i dobrze znane ciasteczka (bez względu na to, czy przebywa w Polsce czy w Hiszpanii) zawierają w swoim składzie masło, a producent akurat na rynku polskim zastępuje je margaryną, to – w świetle obowiązujących przepisów – w pobliżu nazwy ciasteczek powinna znaleźć się adnotacja (i to w odpowiedniej wielkości czcionce), że w ciasteczkach jest margaryna zamiast masła. Czyli informację o margarynie konsument powinien dostać nie tylko w wykazie składników, ale także przy nazwie produktu. Jeśli tej informacji nie ma – producent powinien ponieść karę.

Prawo wydaje się więc już dziś zabezpieczać konsumentów. Oczywiście zawsze pozostaje pytanie o sprawną egzekucję tych przepisów, ale to już zupełnie inny temat. Tutaj dodam tylko, że Komisja także nie przedstawiła żadnych nowych propozycji legislacyjnych i stwierdziła, obecne przepisy z zakresu prawa żywnościowego oraz nieuczciwych praktyk handlowych są tu wystarczające a „do państw członkowskich, a szczególnie krajowych organów ds. konsumentów i żywności, należy przestrzeganie unijnego dorobku prawnego dotyczącego ochrony konsumentów i egzekwowanie na poziomie krajowym przepisów UE w zakresie bezpieczeństwa i oznakowania żywności.

Czyli wracamy do Polski.

Sprawą w Polsce zajął się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który w pod koniec 2017 i w 2018 r. porównał łącznie 101 par produktów wprowadzanych na rynek w Polsce i w Niemczech pod taką samą marką handlową i w takiej samej lub bardzo zbliżonej szacie graficznej (raporty są dostępne: tu). A oto wyniki badania:

  • na 101 par istotne różnice stwierdzono w 12 (czyli w 89 przypadkach nie stwierdzono różnic!)
  • w 4 na 12 przypadkach UOKIK jedynie domniemuje „podwójną jakość”
  • w 2 przypadkach na 12 produkty przeznaczone na rynek polski miały lepszą jakość
  • czyli w 10 przypadkach na 101 stwierdzono gorszą jakość produktów przeznaczonych dla polskiego konsumenta, przy czym w czterech z nich „podwójna jakość” jest domniemywana.

Nie twierdzę oczywiście, że to mało. Nawet gdyby z badań wyszło, że tylko jeden produkt jest nieprawidłowy, to można by mówić, że nie powinno tak być. Jednak jak czytam niektóre komentarze w mediach np. „Glutaminian, olej palmowy, więcej cukru i tłuszczu – żywność produkowana na nasz rynek bywa wyraźnie gorsza. UOKiK porównał konkretne produkty” czy „Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził badania żywności produkowanej na rynek zachodni i polski. Wyniki nie są zaskakujące: w dużej części żywność przeznaczona dla Polaków była gorsza”, to się zastanawiam, czy czytałam ten sam raport. W tym, który ja czytałam, zdecydowanie większa część badanych produktów nie wykazała żadnych różnic!

Co jednak ważniejsze, w komentarzach gdzieś umyka, że wiele ze stwierdzonych w badaniu nieprawidłowości nie ostałaby się bez sankcji, gdyby były weryfikowane w ramach standardowej urzędowej kontroli żywności. Zawierały one nieprawidłowości, za które grożą w Polsce kary i to nie w kontekście „podwójnej jakości żywności”, ale zwykłej „nieprawidłowej jakości handlowej”. Po prostu. Pytanie więc, czy ma sens w ogóle mówienie o podwójnej jakości w przypadku produktów, których „podstawowa” jakość pozostawia do życzenia?

W mojej skromnej ocenie „podwójna jakość” to raczej dobrze sprzedający się temat polityczny niż realny problem rynkowy. Ale oczywiście mogę się mylić, bo – jak podkreślał UOKIK – na podstawie uzyskanych wyników nie można wnioskować statystycznie na temat całego rynku.  Czekam więc z niecierpliwością na dalszy rozwój wypadków.

Ostatnio pisałam trochę o Stanach, a teraz czas na Japonię! Czy rynek japoński staje otworem przed producentami z Europy? Tak twierdzi Komisja. A wszystko dzięki zawartej w lipcu br. umowy o partnerstwie gospodarczym pomiędzy Unią Europejską a Japonią.

Z punktu widzenia Unii, jest to największa jak dotąd wynegocjowana przez nią umowa handlowa. Jak czytamy w komunikacie Komisji na ten temat: „Powody do zadowolenia ma zwłaszcza europejski sektor rolnictwa, który zyska dostęp do ogromnego rynku japońskiego oraz ochronę dla ponad 200 wyróżniających się produktów spożywczych i napojów, jak szampan czy szynka parmeńska. Dzięki umowie zniesiona zostanie przeważająca większość sięgających łącznie 1 mld euro ceł, jakie corocznie muszą płacić unijne przedsiębiorstwa eksportujące do Japonii. Zniknie też szereg obowiązujących od wielu lat barier regulacyjnych. Umowa spowoduje też otwarcie japońskiego rynku, który obejmuje 127 mln konsumentów, dla kluczowych unijnych rolnych produktów eksportowych oraz zwiększy możliwości eksportowe UE w innych sektorach.”

Czytaj dalej >>

Cenzura „superfood”

Agnieszka Szymecka-Wesołowska15 sierpnia 2018Komentarze (0)

Pomimo, że Hipokrates – ojciec medycyny – już kilka wieków przed naszą erą wypowiedział słynną sentencję „Niechaj pożywienie będzie lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem”, współczesny prawodawca zdaje się mieć nico inne spojrzenie na tę kwestię.

Obecnie zakazane jest jakiekolwiek stwierdzanie lub sugerowanie w jakichkolwiek komercyjnych przekazach do konsumentów, że wprowadzana do obrotu żywność ma jakiekolwiek właściwości zapobiegania lub leczenia chorób (tak art. 7 ust. 3 rozporządzenia nr 1169/2011). Wyjątki w tym zakresie dotyczą jedynie szczególnie klasyfikowanych środków spożywczych, np. żywności specjalnego przeznaczenia medycznego czy naturalnych wód mineralnych.

Można oczywiście posługiwać się dozwolonymi oświadczeniami zdrowotnymi (np. „Potas pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego” lub „Wapń pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu mięśni”), ale nie oświadczeniami medycznymi, czyli takimi, które wskazują na związek żywności lub jej składnika z wpływem na poprawę zdrowia osób chorych.

Czytaj dalej >>

Stany Zjednoczone coraz bliżej nas!

Agnieszka Szymecka-Wesołowska17 lipca 20182 komentarze

Photo by Miesha Moriniere from Pexels

Stany Zjednoczone coraz bliżej nas i to nie dlatego (a przynajmniej nie tylko dlatego), że Prezydent Donald Trump odwiedził naszego wschodniego sąsiada, ale także dlatego, że Centrum Prawa Żywnościowego startuje z długo wyczekiwanym szkoleniem z zakresu amerykańskiego prawa żywnościowego!

Szkolenie skupia się na zasadach znakowania produktów spożywczych kierowanych na rynek USA, omawiane będą możliwe sposoby interpretacji i stosowania nowych przepisów, z uwzględnieniem praktyki rynkowej i praktyki FDA (Food and Drug Administration).

O nowych amerykańskich regulacjach pisałam w jednym z poprzednich wpisów (tu)  a temat cieszył się Waszym  dużym zainteresowaniem 🙂

Dlaczego? Bo jak widać rynek amerykański staje się coraz bardziej atrakcyjny dla rodzimych przedsiębiorców. Dobrze, bo nasze produkty są warte poznania.

O zwiększonym zainteresowaniu amerykańskim rynkiem można poczytać np. tu:

Pierwsze szkolenie CPŻ z tego tematu odbędzie się już 21 września 2018 r. w Warszawie, a kolejne 24 września w Krakowie.

Zapisywać można się: tu!

Zapraszamy!