Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

Ważą się losy ekstraktów z konopi (CBD)

Agnieszka Szymecka-Wesołowska01 marca 20192 komentarze

Produkty na bazie konopi siewnych podbijają sklepy spożywcze i serca konsumentów. Nikogo już nie dziwi obecność na półce sklepowej oleju z konopi czy ciasteczek z mąki konopnej i rzadko kto dopytuje, czy aby na pewno taki produkt jest legalny. Gdyby jednak ktoś miał jeszcze wątpliwość, potwierdzam – to produkty całkowicie legalne.

Mówimy tutaj o wyrobach z nasion konopi siewnych (Cannabis Sativa L.), których uprawa – zgodnie z ustawą z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii jest dozwolona m.in. na potrzeby przemysłu spożywczego. Są to konopie, w których zawartość THC (tetrahydrokannabinolu) w kwiatowych lub owocujących wierzchołkach roślin nie przekracza 0,2 % w przeliczeniu na suchą masę. A przypomnijmy – THC to substancja psychoaktywna, główny składnik „marihuany”, której stosowanie jest zabronione.

O ile jednak z prawnego punktu z produktami na bazie wspomnianych nasion z konopi nie ma większych problemów, o tyle już pytania rodzą się w odniesieniu do produktów pozyskanych z innych części rośliny, w szczególności z kwiatostanów, liści i łodyg. W ostatnim czasie światła reflektorów (a dokładniej reflektorów prawodawcy) skierowały się zaś szczególnie na ekstrakty z konopi, a dokładniej na oleje z kannabidiolem CBD.

Image by Wild0ne on Pixabay

Dlaczego CBD jest na cenzurowanym?

 

Wszystko rozbija się o unijną regulację dotyczącą tzw. nowej żywności (novel food). W dużym uproszczeniu, zgodnie z rozporządzeniem nr 2015/2283, nową żywność stanowią takie produkty, których nie stosowano w znacznym stopniu w Unii do spożycia przez ludzi przed dniem 15 maja 1997 r. Mogą to być np. całe rośliny jak i ekstrahowane z nich substancje. Takie produkty mogą być wprowadzane do obrotu dopiero po potwierdzeniu ich bezpieczeństwa i zatwierdzeniu w odpowiedniej procedurze. Jeśli jednak producent ma dowody, że dana żywność czy składniki były stosowane przed 1997 r., ich sprzedaż nie podlega zatwierdzeniu i może odbywać się swobodnie.

Historia stosowania nasion z konopi siewnych jest dobrze znana i udokumentowana. Nikt nie kwestionuje więc wprowadzenia na rynek pochodzących z nich produktów. Więcej „problemów dowodowych” mają jednak kannabinoidy, w tym CBD.

Zgodnie ze zmienionym niedawno statusem w unijnym katalogu novel food: „ekstrakty z Cannabis sativa L. i produkty pochodne zawierające kannabinoidy są uważane za nową żywność, ponieważ historia konsumpcji nie została wykazana. Dotyczy to zarówno samych ekstraktów, jak i wszelkich produktów, do których są dodawane jako składnik (np. Olej z nasion konopi). Dotyczy to również ekstraktów z innych roślin zawierających kanabinoidy. Syntetyczne otrzymane kanabinoidy są uważane za nowe”. Możliwość wprowadzenia do obrotu tych produktów zależy zatem od pozytywnego zakończenia procedury zatwierdzającej.

Obecnie losy CBD spoczywają w rękach EFSA (Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności), który proceduje właśnie wniosek o zatwierdzenie CBD jako składnika suplementów diety dla osób dorosłych z dziennym zalecanym spożyciem do 130 mg. Opinia EFSA ma pojawić się już w marcu tego roku. Jeśli będzie pozytywna, Komisja przypuszczalnie wyda odpowiednie rozporządzenie zezwalające na użycie CBD w suplementach diety i problem zostanie rozwiązany.

CBD za oceanem

 

Z prawną regulacją CBD mierzy się obecnie nie tylko Europa. Także w Stanach Zjednoczonych temat jest ostatnio bardzo gorący. Pod koniec 2018 r. został przyjęty „2018 Fam Bill”, który zmienił dotychczasowy status prawny konopi (hemp). Dotąd, konopie (z nielicznymi wyjątkami) były kwalifikowane jako tzw. „substancje kontrolowane” i podlegały agencji Drug Enforcement Agency (DEA) – rozsławionej w Polsce ostatnio dzięki takim serialom jak „Narcos” czy „Breaking Bad” 😉. Nowa regulacja wycofała zaś ten status, dzięki czemu uchyliła drzwi do stosowania CBD w suplementach diety. Rozstrzygający głos w tym zakresie należy jednak teraz do FDA (Food and Drug Administration), która może te drzwi całkowicie otworzyć. Pozostaje jednak jeszcze tylko jeden mały problem.

Image by GDJ on Pixabay

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O ile Europa potrzebuje dowodu, że CBD było stosowane na jej obszarze w znacznym stopniu do spożycia przed 1997 r., o tle w Stanach zasadniczo wyklucza się możliwość stosowania danego składnika w suplementach diety, jeśli był on przedmiotem badań klinicznych jako produkt leczniczy, zanim został użyty w żywności lub w suplemencie diety. Klauzula ta nazywa się „IND preculsion”. Takie badania były zaś prowadzone w Stanach dla leku z CBD „Epidolex” wytwarzanego przez GW Pharmaceuticals.

Sprawa nie jest jednak wcale przesądzona. FDA wyraźnie mówi, że zainteresowane podmioty mogą przedstawić agencji odpowiednie dowody obalające „IND preculsion” (np. w zakresie czasu prowadzenia badań przez GW Pharmaceuticals, rodzaju tych badań czy samej substancji będącej przedmiotem tych badań). Poza tym, amerykańskie regulacje dają FDA w wyjątkowych sytuacjach kompetencję także do zatwierdzenia danej substancji jako składnika żywności lub suplementu diety, nawet jeśli jest ona objęta ww. klauzulą. Biorąc zaś pod uwagę niedawne wypowiedzi szefa agencji, nie wyklucza on także takiej ewentualności [*]

Jak więc widać, unijna branża producentów ekstraktów z konopi nie jest odosobniona w swojej walce o byt. Przed takim samym wyzwaniem stoją także ich amerykańscy koledzy. Kto i kiedy zatwierdzi CBD jako składnik żywności może w dużym stopniu zdeterminować dalsze losy rynku i jego konkurencyjności, a także wpłynąć dostępność na tych produktów dla konsumentów. Stawka jest więc wysoka.

 

Ps. Na temat konopi miałam okazję mówić także w Jedynce Polskiego Radia. Audycja jest dostępna tu.

[*] Opracowane na podstawie Natural Products Insider by Megan Olsen

Bez GMO – nowe reguły na etykiecie

Agnieszka Szymecka-Wesołowska20 lutego 20194 komentarze

Od lat producenci borykają się z pytaniem: „Co to znaczy BEZ GMO?„. Kiedy takie oznaczenie można stosować? Co to właściwie oznacza? Kwestia ta do tej pory nie była uregulowana wprost, ale na początku lutego br. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy w tym temacie, który określa szczegółowe zasady stosowania tego hasła. Jak się okazuje – jeśli projekt ustawy zostanie przyjęty w obecnym kształcie – hasłem „bez GMO” będą mogły być znakowane także produkty… troszkę jednak z GMO.

Jak to możliwe?

Na początek może dwa słowa wprowadzenia.

  • oznaczenie „bez GMO będzie mogło być użyte w stosunku do produktów pochodzenia roślinnego, które nie zawierają, nie składają się ani nie zostały wyprodukowane z GMO a jednocześnie na rynku mają swój genetycznie modyfikowany odpowiednik (czyli przykładowo takie hasło będzie mogło pojawić się na puszce kukurydzy, bo zgodnie z prawem unijnym kukurydza GMO została dopuszczona, ale nie będzie można oznaczyć w ten sposób np. puszki groszku, bo póki co groszek GMO nie został wpisany do unijnego rejestru). Jest to słuszne rozwiązanie, ponieważ oznaczenie „bez GMO” na puszce groszku (marchewce, soku z pomidora czy truskawce) mogłoby sugerować konsumentowi, że na rynku są dostępne takie produkty w wersji z GMO a jest to nieprawdą.
  • w stosunku do produktów pochodzenia zwierzęcego (np. na mleku, jajach czy wędlinie) używane będzie  hasło „wyprodukowane bez stosowania GMO” (o ile w hodowli nie będą stosowane pasze GMO a producent to udokumentuje), ponieważ zgodnie z obecnym stanem wiedzy zmodyfikowane DNA paszy, którą karmione są zwierzęta hodowlane nie przechodzi do organizmu zwierzęcego, a w konsekwencji każdy taki wyrób jest wolny od GMO; konsumenta może interesować jednak samo użycie GMO w procesie produkcji a nie tylko faktyczna zawartość takiego DNA w produkcie, stąd też właśnie taki bardziej rozbudowany komunikat słowny.

I gdyby na tym regulacja się kończyła, sprawa byłaby w miarę prosta. Tak jednak nie jest, ponieważ projekt przewiduje kilka ciekawych wyjątków, kiedy to nawet stosowanie GMO w procesie produkcji, pozwala mimo wszystko na użycie wyżej wspomnianych haseł. Przyjrzyjmy się tym wyjątkom bliżej.

Po pierwsze, hasło „wyprodukowane bez stosowania GMO” będzie mogło pojawić się na mleku, jajach czy mięsie pochodzącym od zwierząt, które nie tylko leczono genetycznie modyfikowanymi lekami (i na to pełna zgoda!), ale także skarmiano genetycznie modyfikowanymi materiałami paszowymi czy dodatkami paszowymi a także stosowano pomoce przetwórcze GMO, jeśli „ich stosowanie było konieczne”, a materiały paszowe „były niedostępne w innej formie”. Projekt nie precyzuje jednak, co należy rozumieć pod pojęciem „konieczne” oraz „niedostępne”, do jakich sytuacji to się odnosi ani jak producent powinien wykazać, że zrobił wszystko co w jego mocy, by obyć się bez takich materiałów i środków (w końcu produkt ma być promowany na rynku jako wolny od GMO). W uzasadnieniu czytamy tylko, że: „istnieją sytuacje, w których wyłączenie z procesu żywności lub pasz środków, które powstały przy udziale GMO mogłoby zablokować dalszą produkcję żywności„.

Po drugie, zakaz użycia paszy GMO w karmieniu zwierząt hodowlanych dotyczyć będzie tylko okresów karencji. Innymi słowy hasło „wyprodukowane bez stosowania GMO” będzie dozwolone w przypadku mięsa czy mleka pochodzącego od zwierząt, które tylko w pewnym okresie przed ubojem nie były karmione paszą GMO. Przed tym okresem skarmianie paszą GMO będzie jak najbardziej dozwolone.

Po trzecie, wyjątki dotyczą także produktów pochodzenia roślinnego. Jako „bez GMO” będą mogły być bowiem sprzedawane także produkty, w których zastosowano genetycznie modyfikowane substancje dodatkowe, dodatki procesowe , aromaty lub enzymy, a to w sytuacji, gdy były one „niedostępne w innej formie” a ich stosowanie było konieczne.

Po czwarte, produkt – czy to zwierzęcy czy roślinny – może być oznaczony jako „wolny od GMO”, jeśli w produkcie występuje zmodyfikowane DNA na poziomie 0,1%, a obecność ta wynika z nieuniknionego technicznie zanieczyszczenia.

Mam więc wątpliwość, czy procedowany projekt ustawy rzeczywiście daje konsumentom szansę bycia poinformowanym w sposób rzetelny, a producentom rzeczywiście stwarza warunki równej konkurencji.

 

Sprawę komplikuje jeszcze fakt, że ustawa z dnia 22 lipca 2006 r. o paszach już od dawna przewiduje całkowity zakaz stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego. Zakaz ten jednak jest martwy, ponieważ nie wszedł jeszcze w życie. Pierwotnie miał on być stosowany od 2008 r., ale od tamtej pory, średnio co dwa lata, prawodawca przedłuża jego vacatio legis.

Tak więc także z tego punktu widzenia można powiedzieć, że teoretycznie jest „bez GMO”, ale praktycznie jest z GMO 🙂

O  tej kwestii mówiłam też ostatnio w audycji „Agro-Fakty” Polskiego Radia. Serdecznie zapraszam do jej wysłuchania!

 

„Bez sztucznych barwników” na etykiecie

Agnieszka Szymecka-Wesołowska08 lutego 2019Komentarze (0)

Jeśli jesteś konsumentem, oznaczenie „bez sztucznych barwników” na etykiecie produktu spożywczego zapewne szczególnie Cię nie dziwi. Jeśli jednak jesteś producentem – wiesz, że jest to hasło, które nie podoba się inspekcjom kontrolnym. Dlaczego? Ha….. I tu się zaczyna cała prawnicza zabawa.

Praktyka inspekcji

Zdaniem inspekcji kontrolnych (być może nie wszystkich) oznaczenie „bez sztucznych barwników” jest niezgodne z przepisami, ponieważ:

  • zgodnie z definicją „barwników” zawartą w rozporządzeniu nr 1333/2008 w sprawie substancji dodatkowych, prawo nie rozróżnia barwników na „sztuczne” i „naturalne”; definicja ta stanowi: „„barwniki” to substancje nadające lub przywracające żywności barwę, obejmujące naturalne składniki żywności i naturalne źródła, które w normalnych warunkach ani nie są same spożywane jako żywność ani nie są stosowane jako typowe składniki żywności. W rozumieniu niniejszego rozporządzenia barwnikami są preparaty uzyskane ze środków spożywczych i innych jadalnych surowców naturalnych uzyskanych poprzez fizyczną lub chemiczną ekstrakcję, której efektem jest selektywna ekstrakcja pigmentów względem składników odżywczych lub aromatycznych”;
  • skoro zatem nie ma podziału na barwniki sztuczne i naturalne, to hasło „bez sztucznych barwników” należy uznać za wprowadzające w błąd poprzez sugerowanie, że produkt ma szczególne właściwości podczas gdy wszystkie podobne produkty mają takie właściwości (bo rzekomo we wszystkich innych produktach mogą być obecne tylko barwniki naturalnego pochodzenia);
  • co więcej, skoro – cytuję – „w przepisach dotyczących barwników ustawodawca nie dokonał podziału na barwniki naturalne i sztuczne to oznacza, iż takie rozgraniczenie nie istnieje”.

Uważam, że każdy z ww. argumentów może zostać obalony.

W zakresie definicji wystarczy spojrzeć do innych wersji językowych rozporządzenia nr 1333/2008 a w zakresie tego, czy barwniki mogą być naturalne i sztuczne (czyli otrzymane w wyniku syntezy chemicznej) wystarczy spojrzeć do wykazu dozwolonych barwników zamieszczonych w załączniku II rozporządzenia nr 1333/2008 i poprosić o komentarz znajomego chemika.

Są tam wymienione chociażby: tartrazyna (E102), żółcień chinolinowa (E104), żółcień pomarańczowa FCF (E110), azorubina (E122), amarant (E123), czerwień koszenilowa A (E124), czerwień allura (E129), błękit patentowy V (E131), indygokarmin (E132), błękit brylantowy FCF (E133) czy czerń brylantowa BN (E151). Te barwniki nie rosną raczej na drzewach.

Muszę dodać, że powyższa kwestia była przedmiotem postępowania sądowego, którą zajmowaliśmy się w Centrum Prawa Żywnościowego. Niestety Wojewódzki Sąd Administracyjny nie podzielił naszego stanowiska. A ja żałuję, że producent nie zdecydował się na skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, bo wierzę, że sprawa przed NSA mogłaby potoczyć się inaczej (tak jak to było np. w przypadku makaronu z kurkumą).

Dlaczego o tym piszę?

Dlatego, że z jednej strony inspekcje nakazują rezygnację z informowania konsumentów, że w produkcie nie ma „sztucznych barwników”, a z drugiej w styczniowym raporcie NIK, czytamy m.in.:

  • wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniono barwniki spożywcze, szczególnie syntetyczne (m.in. E 123, E110, E 122)”;
  •  „Według alergologów najczęściej dochodzi do tych objawów w wyniku spożycia barwników spożywczych, szczególnie syntetycznych (…). Część z nich przypomina w działaniu aspirynę, która przy nadwrażliwości prowadzi w organizmie do zwiększonej produkcji prozapalnych leukotrientów (…) istnieje zakaz podawania aspiryny dzieciom poniżej 13 roku życia i to powinno obowiązywać również w przypadku barwników syntetycznych.”;
  • produkty opatrzone w oznakowaniu deklaracją „bez sztucznych barwników” badane były metodą jakościową pozwalającą wykryć samą obecność syntetycznych barwników, bez określania zawartości ww. substancji”;
  • Przeprowadzone w laboratoriach UOKIK analizy dotyczyły m.in. zawartości substancji słodzących, konserwujących, syntetycznych barwników oraz azotynów i azotanów”.

Skoro zatem szczególną uwagę poświęca się właśnie syntetycznym barwnikom (co notabene oznacza, że jednak istnieją!), to dlaczego konsument nie miałby się dowiedzieć o braku ich obecności w danym produkcie? Dlaczego informacja o braku zastosowania tego rodzaju dodatków miałaby wprowadzać konsumenta w błąd? Czy w tym wypadku zbyt wąska i literalna wykładnia przepisów organów urzędowej kontroli żywności nie ogranicza prawa konsumentów do szerokiej i rzetelnej informacji?

Post scriptum: Dla zainteresowanych raportem NIK ws. dodatków polecam także:

O „chorym” mięsie słów kilka

Agnieszka Szymecka-Wesołowska31 stycznia 2019Komentarze (0)

W tym tygodniu chciałam pozostać w temacie dodatków, bo kurz po styczniowym raporcie NIK jeszcze nie opadł. Miało być więc słów kilka o „sztucznych dodatkach”, ale na tyle wstrząsnął mną reportaż programu „Superwizjer” TVN o pozyskiwaniu mięsa z padłych i chorych krów, że nie mogę pominąć tego milczeniem i kilka słów temu właśnie chcę poświęcić. Jeśli ktoś nie widział i nie słyszał o programie „Chore mięso kupię”, to z materiałem dziennikarzy TVN 24 Tomasza Patory i Patryka Szczepaniaka można zapoznać się tu.

To, co można zobaczyć w materiale – szokuje. W programie pokazano, jak nocną porą z ciężarówek, w których chore i cierpiące zwierzęta leżały jedne na drugich, wyciągano je na linach, podciągano, taśmowo ogłuszano i ubijano. Z chorych tusz wycinano „niezdrowe” kawałki (np. ropienie) i resztę mięsa – bez żadnej kontroli lekarza weterynarii – przeznaczano do dalszej obróbki, na sprzedaż jako żywność. Zgodnie z Komunikatem Głównego Lekarza Weterynarii:

wszystkie materiały emitowane na antenie TVN, (…) dotyczą rażącego naruszenia prawa ochrony zwierząt, prowadzącego do celowego zadawania cierpienia zwierzętom gospodarskim ze szczególnym okrucieństwem. Przedstawione materiały dowodzą niezbicie, że ujawniony proceder spełniał znamiona działalności nielegalnej, gdyż ubój był prowadzony umyślnie w godzinach nocnych, celem uniknięcia nadzoru urzędowego.

Proceder ten nie tylko naruszał jednak przepisy o ochronie zwierząt gospodarskich, ale także wszelkie chyba możliwe przepisy z zakresu bezpieczeństwa żywności. Obecnie ubojni cofnięto zatwierdzenie zakładu i śledztwo trwa.

Dlaczego o tym piszę?

Program przedstawia przecież patologię, działalność przestępczą. Nie oznacza to, że wszystkie krajowe ubojnie działają w ten sposób i należy nawoływać do ich zamknięcia a naród przekonywać do rezygnacji ze spożywania mięsa. Daleko mi do tego.

Temat ten jednak skłania niewątpliwie do spojrzenia na sprawę w nieco szerszym kontekście. Od dawna przyglądam się bliżej tematowi hodowli intensywnych i związanych z nimi kwestiom etycznym i środowiskowym, a takie „historie” jak w rzeczonej ubojni tylko pokazują, że problem staje się palący, bo zapotrzebowanie na mięso stale rośnie.

Czy wiecie, że:
• w ciągu roku w celach konsumpcyjnych zabija się w Ameryce więcej zwierząt, niż jest ludzi na świecie? Ciekawe jak ta proporcja wygląda w Polsce….
• zgodnie z przewidywaniami w 2050 r. Ziemię będzie zamieszkiwać 9 do 10 miliardów ludzi?
• bogacące się ubogie społeczeństwa w pierwszej kolejności wzbogacają swą dietę w mięso?
• obecnie już hodowla zwierząt powoduje emisję gazów cieplarnianych na poziomie porównywalnym do tej wywołanej przez cały sektor transportu?
• oszczędzicie więcej wody, rezygnując z jednego kurczaka na obiad, niż nie myjąc się przez pół roku? [*]

O cierpieniu zwierząt gospodarskich nawet nie wspominam….

Powstaje więc pytanie: co dalej? Jak chcemy się z tym problemem uporać? 

Odpowiedź brzmi: CZYSTE MIĘSO.

Jest to kolejne dziecko współczesnej biotechnologii, czyli prawdziwe mięso wyhodowane z komórek zwierzęcych bez konieczności hodowania i zabijania całych istot. Wśród niektórych temat może budzić obawy – trochę jak „GMO”. Ale na pewno warto pogłębić go bliżej, rozważyć plusy i minusy. Z dogłębną analizą tematu w zakresie genezy, metod pozyskiwania, korzyści a przede wszystkim prognoz dla rynku „czystego mięsa” można zapoznać się w książce Paula Shapiro. Gorąco polecam każdemu – książkę i temat pod rozwagę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[*] Dane cytowane za P. Shapiro, Czyste mięso, wyd. Marginesy, Warszawa 2018 r.

Chemia w żywności – co konsument powinien wiedzieć

Agnieszka Szymecka-Wesołowska24 stycznia 20194 komentarze

Raport Najwyższej Izby Kontroli o substancjach dodatkowych w żywności, który ukazał się na początku stycznia, wywołał prawdziwą burzę zarówno wśród producentów jak i konsumentów żywności. NIK doniósł m.in. że przeciętny Polak wraz z dietą w ciągu roku spożywa ok. 2 kg dodatków, że najbardziej narażone na przekroczenie akceptowalnych ilości są dzieci w wieku do 10 lat, producenci używają zbyt dużo tych substancji (często w sposób nieuzasadniony) a krajowe organy kontrolne siedzą z założonymi rękami i temat dodatków mają w głębokim poważaniu.

Na reakcje nie trzeba było długo czekać.

Główny Inspektor Sanitarny w odwecie od razu uspokajał, że przytaczane w raporcie dane nie mogą być podstawą do twierdzenia, że w przypadku populacji polskiej istnieje ryzyko przekroczenia dopuszczalnego, dziennego pobrania (ADI) dla substancji dodatkowych. GIS wyliczył podejmowane przez siebie działania w zakresie ochrony społeczeństwa przez dodatkami i podkreślał, że stosowanie substancji dodatkowych do żywności jest ściśle uregulowane na poziomie Unii Europejskiej (używane mogą być tylko te, które znalazły się w unijnym rejestrze i w ilościach ściśle tam określonych) a oceną ich bezpieczeństwa i zajmuje się Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Ze stanowiskiem GIS można się zapoznać tu.

Nie zabrakło także stanowiska producentów, w imieniu których wypowiedziała się m.in. Polska Federacja Producentów Żywności. Wedle PFPŻ, sensacyjne i pełne nieścisłości doniesienia NIK podważają wiarygodność systemu urzędowej kontroli żywności i bezpieczeństwa polskich produktów żywnościowych. Przeprowadzone badania są niemiarodajne i opracowane w sposób tendencyjny. „Gdyby instytucje kontrolne, łącznie z Europejskim Urzędem ds. Bezpieczeństwa Żywności, który decyduje o zasadach stosowania dodatków do żywności i gwarantuje ich bezpieczeństwo, chciały potraktować na serio to, co napisał NIK, nie patrząc na te wszystkie błędy, które tam się znajdują, to praktycznie produkcja żywności w Polsce i Unii Europejskiej musiałaby zostać wstrzymana” – podkreślił dyrektor generalny tej organizacji. Uspokajał też, że polska żywność jest całkowicie bezpieczna, również w zakresie stosowania dodatków do żywności, a reprezentatywne badania nie potwierdzają przekroczeń ADI. Z całością wypowiedzi można się zapoznać m.in. tu lub tu.

I jak ma się w tym odnaleźć przeciętny konsument, zwłaszcza kiedy z okładki „Wprost” Ewa Chodakowska ostrzega: „Nie daj się otruć!” a tygodnik ten przedstawia raport – bazujący na raporcie NIK – zadając retoryczne pytanie: „Czy kiełbasa może zabić?

Inne głosy w mediach w tym duchu można by mnożyć tu bez końca.

Komu więc wierzyć? Kto ma rację? Czy rzeczywiście można się czuć bezpiecznie robiąc swoje codzienne zakupy w supermarkecie?

Moją pierwszą i wręcz automatyczną reakcją na raport NIK była myśl, że NIK niepotrzebnie straszy ludzi bazując na ich panicznym strachu przed E-dodatkami (tak, tak – jak pokazują badania, Polacy w żywności najbardziej boją się właśnie dodatków i to bardziej niż GMO czy pestycydów). Przecież wszystko jest pod kontrolą – pomyślałam. Unijny reżim prawny w tym zakresie jasno mówi, jakie substancje, do czego i jakich ilościach można dodawać, a EFSA na bieżąco monitoruje i kontroluje dopuszczane substancje (reguluje to rozporządzenie nr 1333/2008). Producenci stosują się do tych wytycznych (o tych co świadomie łamią prawo tu nie mówię) a inspekcje ich kontrolują. Wiem, bo przecież spotykam się z tymi sprawami na co dzień.

Wszystko więc ZNOWU rozbija się o świadomość  konsumentów i czytanie etykiet! Każdy racjonalny konsument powinien chyba wiedzieć, że żywność przetworzona to nie jest najczęściej „samo zdrowie” (BTW: dodatków nie można dodawać do produktów nieprzetworzonych), więc jeśli ktoś nie ma ochoty spożywać E-składników, to może wybierać produkty bardziej ostrożnie a przede wszystkim czytać etykiety. Tak myślałam – w dużym uproszczeniu.

A potem przeczytałam raport NIK…..

Nie mogę powiedzieć, że zgadzam się ze wszystkim, co przeczytałam w raporcie, ale jedna rzecz naprawdę dała mi do myślenia.

Czy informacja, jaką dostaje konsument o produkcie jest rzeczywiście wystarczająca? NIK dowodzi: „zachęcanie do czytania etykiet i dokonywania świadomych wyborów, przy obowiązujących wymogach w zakresie znakowania produktów oraz posiadanej przez konsumentów wiedzy w zakresie dodatków do żywności, tylko pozornie może sprzyjać realizacji celu pełnej informacji. Aktualnie z etykiety produktu żywnościowego konsument może się dowiedzieć jedynie jakie dodatki zastosował producent i to pod warunkiem, że producent użyje symboliki „E z numerem” (większość konsumentów posiada bowiem wiedzę, że dodatki do żywności oznaczane są za pomocą litery „E”). Jeżeli natomiast producent użyje drugiej dozwolonej formy znakowania, czyli nazwy substancji i jej funkcji technologicznej, to nawet wysoko wykształcony konsument będzie miał problem z zakwalifikowaniem składników do grupy dodatków do żywności„.

Tutaj broniłam się myśląc, że co to różnica dla konsumenta, czy w wykazie składników będzie napisane „Neohesperydyna DC” czy „E 959”? Jeśli konsument chce jeść zdrowo, to nie sięga po produkty, które mają w sobie składniki o enigmatycznie brzmiących nazwach. A jeśli jest mu wszystko jedno, to będzie mu też obojętnie jakiej terminologii użyje producent w oznakowaniu.

W raporcie NIK podkreślał też jednak wielokrotnie (a w zasadzie był to główny zarzut pod adresem prawa i organów kontrolnych), że główną słabością systemu jest brak identyfikacji ryzyka i zagrożeń wynikających z kumulacji wielu substancji dodatkowych w jednym produkcie czy kumulacji wielu dodatków pochodzących z różnych źródeł oraz ewentualnego działania i interakcji  z innymi składnikami produktu, składnikami diety czy lekami. 

Tutaj myślałam jeszcze – no zaraz, przecież EFSA bierze to pod uwagę oceniając poszczególne dodatki i dopuszczając je do poszczególnych rodzajów produktów, dzięki czemu szacuje średnie spożycie w danej populacji. Przecież art. 14 ust. 4 rozporządzenia nr 178/2002 wyraźnie stanowi, że: „Podczas podejmowania decyzji, że środek spożywczy jest szkodliwy dla zdrowia, należy mieć na względzie: 

a) nie tylko prawdopodobne natychmiastowe i/lub krótkotrwałe i/lub długofalowe skutki tej żywności dla zdrowia spożywającej jej osoby, ale także dla następnych pokoleń;

b) ewentualne skutki skumulowania toksyczności;

c) szczególną wrażliwość zdrowotną określonej kategorii konsumentów, jeżeli środek spożywczy jest przeznaczony dla tej kategorii konsumentów.” 

Dopuszczone zatem dodatki, przy racjonalnej diecie nie mogą więc szkodzić. Przeciętny konsument powinien natomiast wiedzieć, że w nadmiarze, to nawet owoce i woda mogą zaszkodzić (a co tu mówić o dodatkach!).

Zadawałam też sobie pytanie – jak niby Główny Inspektor Sanitarny (czy jakikolwiek inny organ) miałby kontrolować tę kumulację? W trosce o zdrowie społeczeństwa inspektorzy będą zaglądać ludziom do koszyków sklepowych i domowych lodówek?! A może wprowadzimy reglamentację pewnych produktów i jakiś system kartek żywieniowych?!

Tak sobie właśnie drwiłam w myślach, dopóki nie zobaczyłam tego……

 

Pomysł ten uderzył mnie w swojej prostocie! Ta propozycja podawania informacji o zawartych w produkcie substancjach dodatkowych to czysta analogia do podawania informacji o wartości odżywczej produktu! Konsument nie tylko widzi, ile w danym produkcie jest dodatków, ale także jaką stanowią one część akceptowalnego dziennego spożycia. Dzięki takiej informacji mógłby kontrolować nie tylko spożywaną dziennie ilość tłuszczu czy cukru, ale także poszczególnych rodzajów substancji dodatkowych!

W tym miejscu puściłam też wodze fantazji i oczami wyobraźni zobaczyłam już wszystkie super-inteligentne aplikacje, które sczytując informacje zakodowane na etykietach produktów, informowałyby użytkownika-konsumenta ile danego dodatku może w danym tygodniu jeszcze spożyć, żeby sobie nie zaszkodzić a z jakich powinien zrezygnować w najbliższym czasie.

Ale nawet zanim takie aplikacje każdy z nas będzie miał na swoim smartfonie – chyba nikt nie zaprzeczy, że taka transparentność informacyjna przydałaby się konsumentom już teraz. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, z jakimi trudnościami po stronie producentów by się to wiązało. Na pewno nie odbyłoby się to bezkosztowo także dla konsumentów, ale tak jak branża poradziła sobie z nowymi wymogami w zakresie wartości odżywczej i jak zaraz będzie sobie radzić w zakresie deklaracji pochodzenia podstawowego składnika, tak na pewno poradziłaby sobie z takim nowym wyzwaniem.

Myślę więc, że warto zacząć inicjować dyskusję na ten temat. A skoro to Polacy boją się dodatków najbardziej, to reprezentanci Polski mogliby być promotorami tej idei na forum unijnym.