Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

Wojna cukrowa

Agnieszka Szymecka-Wesołowska17 stycznia 2020Komentarze (1)

W ślad za innymi krajami i w trosce o zdrowie obywateli, także Polska rozważa wprowadzenie “podatku cukrowego”. Jeszcze przed Świętami do Rządowego Centrum Legislacji trafił projekt ustawy o szumnie brzmiącym tytule: “Ustawa o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów“, który – obok opłaty od słodzonych napojów – przewiduje także opłatę za napoje spirytusowe sprzedawane w małych pojemnościach (tzw. “małpki”) oraz za reklamę suplementów diety.

W dzisiejszej odsłonie skupmy się na napojach słodzonych.

“Opodatkowane” substancje

Opłata ma być przewidziana od napojów zawierających w swoim składzie “substancje o właściwościach słodzących oraz substancje aktywne”.

Zgodnie z projektem, “substancje o właściwościach słodzących” oznaczają “monosacharydy, disacharydy, oligosacharydy, środki spożywcze zawierające te substancje oraz substancje słodzące”. Jeśli chodzi o sacharydy i substancje słodzące, sprawa jest jasna. W pierwszym przypadku chodzi o różne postacie cukru, w tym drugim zaś mowa o “słodzikach” z numerem E…., które mogą być dodawane do napojów zgodnie z rozporządzeniem nr 1333/2008 (np. aspartam E 951, acesulfam K E 950, sukraloza E 955, glikozydy stewiolowe E 960).

 

Nie jest jednak do końca jasne, co projektodawca miał na myśli włączając do tej definicji także pojęcie: “środków spożywczych zawierających te substancje”. Wedle literalnej wykładni należałoby uznać, że pojęcie to obejmuje wszystkie środki spożywcze zawierające cukry, czyli np. nie tylko syrop fruktozowo-glukozowy czy melasę, ale także miód i np. soki owocowe, które są często stosowane w celu dosłodzenia produktu. Pojawia się więc pierwsze pytanie, czy tak szeroki zakres “demonizowanych” substancji faktycznie był intencją twórców projektu?

Kolejną grupą substancji, których udział w napoju będzie zobowiązywał do uiszczenia opłaty są substancje aktywne. Projekt wprowadza zamkniętą listę takich substancji i należą do nich: kofeina, tauryna i guarana. Jak łatwo zauważyć, są to składniki charakterystyczne dla napojów energetyzujących. Będzie to więc już kolejny cios dla tego segmentu rynku (“energetyków”), po ostatnich obostrzeniach w zakresie limitów zawartości witamin i składników mineralnych. Pisałam o tym więcej tu.

Jakie napoje będą objęte opłatą?

Pojęcie napojów przewidziane w ustawie jest bardzo szerokie. Jest to każdy “napój oferowany konsumentowi w postaci gotowej do spożycia, w którego składzie znajduje się co najmniej jedna z ww. substancji, z wyłączeniem substancji występujących w nich naturalnie.” Poza zakresem ustawy pozostają więc np. soki, ponieważ w nich cukier jest obecny naturalnie.

Prawo żywnościowe nie precyzuje pojęcia “napój”, więc próbując rozszyfrować zakres produktów objętych nową regulacją, można sięgnąć do definicji słownikowej. Wedle Słownika Języka Polskiego PWN napój to po prostu “płyn przeznaczony do picia”. Można by więc wnosić, że napojem będą też np. suplementy diety w płynie czy napoje mleczne (jogurt pitny, maślanka itp.). Pojawia się więc kolejne pytanie, czy tak szeroki zakres “cenzurowanych” napojów faktycznie był intencją twórców projektu?

Mówiąc o definicji “napoju” należy też zwrócić uwagę na ten jej element, który wskazuje, że chodzi tylko o napoje w “postaci gotowej do spożycia”. Poza zakresem definicji pozostaną zatem napoje w proszku, które nie są “gotowe do spożycia”, ale wymagają dodatkowych czynności ze strony konsumenta (np. rozcieńczenia z wodą lub innym płynem). Przykładem mogą być tu koktajle proteinowe. Za napój nie będą też uważane np. syropy owocowe, ponieważ są one przeznaczone do rozcieńczania z wodą lub jako dodatek do innych napojów (np. herbaty).

Wczytując się głębiej w uzasadnienie do projektu, można się domyślać, że twórcy projektu chcieli generalnie, by opłatą została objęta kategoria tzw. soft drinks, czyli bezalkoholowych napojów gazowanych lub niegazowanych, aromatyzowanych i zawierających właśnie cukier lub słodziki. Żeby jednak uniknąć jakichkolwiek wątpliwości i trudności w stosowaniu nowych przepisów, bardzo pożądane byłoby doprecyzowanie w ustawie, jakie faktycznie produkty mają być “opodatkowane”, a jakie nie.

Zwolnienia z opłaty 

Opłaty nie będą dotyczyły żywności specjalnego przeznaczenia medycznego, napojów alkoholowych objętych podatkiem akcyzowym, produktów przeznaczonych do sprzedaży na rynkach zagranicznych, a także tych sprowadzanych okazjonalnie z zagranicy przez osoby fizyczne wyłącznie na użytek własny, a nie w celach handlowych.

Kto i ile będzie płacił? 

Do uiszczania opłaty zobowiązani będą producenci, importerzy oraz podmioty dokonujące nabycia wewnątrzwspólnotowego w rozumieniu przepisów o podatku od towarów i usług.

Wysokość opłaty wyniesie:
1) 0,70 zł w przypadku dodatku jednej substancji o właściwościach słodzących albo 0,80 zł w przypadku dodatku więcej niż jednej substancji o właściwościach słodzących,
2) 0,20 zł przypadku dodatku co najmniej jednej substancji o właściwościach aktywnych
– w przeliczeniu na każdy litr napoju.

Co z produktami light?

Produkty light, czyli te o obniżonej zawartości cukru, zostały w projekcie wrzucone do jednego worka ze wszystkimi innymi napojami. Opłaty obejmą je tak samo jak wszystkie pozostałe napoje. Nie jest więc ważne, jaka ilość cukru w produkcie jest zawarta ani też czy producent usunął cukier (sacharozę) i zastąpił go innym składnikiem np. glikozydami stewiolowymi, miodem czy sokiem owocowym.

Można natomiast dla przykładu wskazać, że w Tajlandii, gdzie został wprowadzony podatek cukrowy, jego wysokość została uzależniona od ilości cukru w produkcie (obowiązuje tam sześć przedziałów w zależności do ilości cukru w przeliczeniu na 100 ml, tj. mniej niż 6 g, 6-8 g, 8-10 g, 10-14 g, 4-18 g oraz więcej niż 18 g). Podobnie we Włoszech, gdzie z podatku zwolnione zostały napoje z zawartością cukru nieprzekraczającą 25 g/litr, a w Wielkiej Brytanii, opłata (czyli SDIL – Soft Drinks Industry Levy) wynosi 24 pensy w przypadku napojów zawierających 8 g cukru na 100 ml i 18 pensy na litr w przypadku napojów zawierających 5-8 g cukru na 100 ml.

W większości krajów opłaty i podatki są wprowadzane stopniowo. Polscy przedsiębiorcy takiej szansy niestety nie dostaną, bo zgodnie z projektem, opłata ma zacząć obowiązywać już od 1 kwietnia 2020 r. i nie są przewidziane ŻADNE okresy przejściowe. Dla przykładu, Włosi, którzy wprowadzili podatek cukrowy ustawą budżetową w grudniu 2019 r., przewidzieli 10-mięczny okres dostosowawczy.

Jakie perspektywy przed branżą?

Jeśli opłata wjedzie w życie, krajowi przedsiębiorcy będą mieć w gruncie rzeczy trzy opcje:

  1. pozostawić dotychczasowy skład i ponieść koszt opłaty;
  2. pozostawić dotychczasowy skład a koszt opłaty przerzucić na konsumentów;
  3. przeformułować skład produktu.

Jak pokazują doświadczenia na innych rynkach, na których został wprowadzony podatek cukrowy, największe koncerny branżowe optowały raczej za pozostawieniem dotychczasowego składu, niż za zmianami składów. Mniejsze firmy natomiast wybierały drugie rozwiązanie, czyli zmianę składu.

Polscy producenci jednak, jeśli będą chcieli uniknąć opłat, będą musieli popisać się tu wyjątkową innowacyjnością, zważywszy, że projekt zakłada “zero tolerancji” dla cukru i jego wszelkich zamienników. Jest to bardzo restrykcyjne i kuriozalne rozwiązanie. Jak wskazałam wyżej, w większości innych krajów, w których podatek cukrowy został wprowadzony, ustanawiane są progi zawartości cukru w produkcie, od których przedsiębiorca jest zobowiązany do ponoszenia opłat/podatków. Stanowi to zachętę do prozdrowotnej reformulacji składów i obniżania zawartości cukru. U nas z dużym prawdopodobieństwem można zaś zakładać, że jedyna zmiana jaka nastąpi, to podniesienie kosztów produkcji i cen napojów na rynku, bo opracowywanie napojów z zerową zawartością cukru i wszelkich jego zamienników będzie raczej karkołomnym zadaniem. Czy więc tytułowy cel regulacji rzeczywiście zostanie osiągnięty? Czy nowa ustawa faktycznie umożliwi konsumentów bardziej prozdrowotny wybór?

 

Reforma sanepidu – co przyniesie branży spożywczej?

Agnieszka Szymecka-Wesołowska31 października 2019Komentarze (0)

Szykuje się nowelizacja ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, czyli ustawy regulującej działanie “sanepidu”. Pod koniec października br. do Sejmu wpłynął rządowy projekt w tym zakresie a projektowane zmiany miałyby wejść w życie już za dwa miesiące, tj. 1 stycznia 2020 r.

Co zakłada nowelizacja?

Pierwsze zdanie uzasadnienia do projektu szumnie obiecuje: “Celem projektowanych regulacji jest poprawa sytuacji przedsiębiorców w świetle działań organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej“. Warto więc zweryfikować czy faktycznie i na ile planowane zmiany przełożą się na bezpośrednie korzyści dla przedsiębiorców w kontekście kontroli organów sanepidu i czy skorzystają na tym także przedsiębiorcy branży spożywczej.

Czego dotyczą najważniejsze zmiany?

A. Silniejsza pozycja Głównego Inspektora Sanitarnego

W projekcie najbardziej akcentowane jest zwiększenie roli koordynacyjno-nadzorczej Głównego Inspektora Sanitarnego, co przejawia się w dwóch obszarach.

Po pierwsze, chodzi o przyznanie GIS kompetencji powoływania i odwoływania (za zgodą właściwego wojewody) państwowych wojewódzkich inspektorów sanitarnych i państwowych granicznych inspektorów sanitarnych (z kolei państwowy wojewódzki inspektor sanitarny będzie powoływał/odwoływał państwowych powiatowych inspektorów sanitarnych – po zasięgnięciu opinii wojewody).

Po drugie umożliwienie GIS wydawania organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej bezpośrednich wiążących poleceń (np. co do podjęcia kontroli czy czynności zapobiegawczych przez inspektorów sanepidu także na terenach nieobjętych ich właściwością miejscową) oraz określania sposobu realizacji zadań czy też określania zasad współdziałania z innymi organami administracji publicznej.

Są to rozwiązania o tyle zasadne, że w obecnym stanie prawnym Główny Inspektor Sanitarny, mimo przyznanej mu kompetencji do kierowania Państwową Inspekcją Sanitarną, nie ma faktycznego służbowego przełożenia wobec merytorycznie podległych sobie organów.

B. Większa przejrzystość inspektorów sanepidu

Projekt zawiera kilka rozwiązań, które doprecyzowują zasady pełnienia funkcji organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej i potencjalnych konfliktów interesów wynikających z pełnienia tych funkcji. Chodzi tu o zmiany w zakresie składania przez inspektorów sanitarnych oświadczeń o stanie majątkowym, oświadczeń że nie współpracowali z organami bezpieczeństwa PRL (od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r.) a także zmiany w zakresie wydawania zgód na wykonywanie przez nich dodatkowych zajęć zarobkowych.

C. Porządek w “sanepidach resortowych”

Projektowi zmiany ustawy towarzyszą także dwa projekty rozporządzeń wykonawczych, które mają na celu dostosowanie przepisów w zakresie właściwości do zmieniających się potrzeb sprawowania nadzoru sanitarnego przez organy Inspekcji Sanitarnej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Wojskowej Inspekcji Sanitarnej (proponowane zmiany mają głównie charakter porządkujący).

Gdzie zatem korzyści dla przedsiębiorców?

Przyglądając się wyżej opisanym zmianom automatycznie nasuwa się pytanie: to na czym polega obiecywana poprawa sytuacji przedsiębiorców?

Poza cytowanym wyżej wstępem, temat korzyści dla przedsiębiorców w uzasadnieniu omawianego projektu pojawia się w zasadzie jeszcze tylko jeden raz w kontekście tego, że zmiana struktury organizacyjnej inspekcji “przyczyni się do poprawy ochrony praw przedsiębiorców, których skuteczne zapewnienie było utrudnione w istniejącej, rozproszonej strukturze”. W jaki sposób ma nastąpić ta poprawa?

Trochę światła rzuca tutaj towarzysząca projektowi Ocena skutków regulacji, przewidując (w rubryce dotyczącej wpływu zmian na przedsiębiorstwa): “Zmiana ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej usprawni funkcjonowanie Państwowej Inspekcji Sanitarnej, co przyczyni się do ułatwienia dostępu do właściwego państwowego inspektora sanitarnego przedstawicielom podmiotów podlegających dotychczas kontroli na podstawie art. 12 ust. 1a pkt 1 ustawy z dnia 14 marca 1985 r. o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, co w konsekwencji przełoży się na realizację postulatu skracania czasu na załatwianie spraw”. Dotyczy to zatem głównie takich podmiotów jak podmioty lecznicze, domy pomocy społecznej, obiekty sportowo-rekreacyjne i kulturalno-widowiskowe, placówki oświatowo-wychowawcze. Podlegając dotychczas nadzorowi państwowego wojewódzkiego inspektora sanitarnego podmioty te miały utrudniony dostęp do jego siedziby, ze względu na znaczne odległości obiektów podlegających kontroli, nawet ponad 100 km.

Jakie wnioski?

Myślę, że dla branży spożywczej zmiany przewidziane w nowelizacji nie będą zbytnio odczuwalne. Zmienia się bowiem jedynie struktura organizacyjna inspekcji. Projekt nie poszerza w żaden sposób kompetencji organów kontrolnych wobec podmiotów kontrolowanych (może poza możliwością podejmowania działań przez inspektorów spoza właściwości miejscowej na żądanie GIS-u, np. kontrolę będzie mógł prowadzić inspektor z sąsiedniego powiatu). Nie wprowadza także żadnych nowych sankcji.

Niemniej jednak warto docenić nowe rozwiązania. Wydaje się bowiem, że zmiany te: “zagwarantują możliwość sprawowania kompleksowego nadzoru nad funkcjonowaniem organów Państwowej Inspekcji Sanitarnej i będą miały pozytywny wpływ na efektywność, celowość i spójność jej działania, a tym samym na bezpieczeństwo zdrowotne społeczeństwa”. I to założenie de facto przyświeca omawianej reformie.

Czy to już wszystkie zmiany?

Opisane wyżej rozwiązania to nie jedyne zmiany w obszarze urzędowych kontroli żywności, jakie nadchodzą w najbliższym czasie.

Niebawem zacznie obowiązywać (w sporej części) unijne rozporządzenie nr 2017/625 w sprawie kontroli urzędowych i innych czynności urzędowych przeprowadzanych w celu zapewnienia stosowania prawa żywnościowego i paszowego oraz zasad dotyczących zdrowia i dobrostanu zwierząt, zdrowia roślin i środków ochrony roślin, które m.in. uchyla dotychczas obowiązujące rozporządzenie nr 882/2004.

Na poziomie krajowym szykują się także zmiany w zakresach kompetencji pomiędzy Inspekcją Handlową i Inspekcją Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.

Planowane w tym zakresie zmiany zdecydowanie bardziej (niż reforma ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej) przełożą się na bieżące funkcjonowanie przedsiębiorców branży spożywczej.

Co nowe regulacje przyniosą dla przedsiębiorstw spożywczych?

Wszystkie osoby, które chciałby poznać odpowiedź na to pytanie (i wiele innych pytań związanych z kontrolami i postępowaniami administracyjnymi w branży spożywczej) zapraszam serdecznie na moje szkolenie, które odbędzie się już w najbliższą środę (6 listopada) w Warszawie. Szczegółowe informacje na temat szkolenia (program, zapisy) można znaleźć TUTAJ.

Do zobaczenia 🙂

Mięso przyszłości: insekty, in vitro i GMO

Agnieszka Szymecka-Wesołowska22 października 2019Komentarze (0)

Zastanawialiście się, jak będzie wyglądała żywność przyszłości? Czym i jak będzie się żywił człowiek? Możliwych scenariuszy jest wiele, w tym także tych dotyczących zupełnej zmiany modelu żywienia człowieka. Przykładowo Ray Kurzweil w swojej książce “Nadchodzi osobliwość” prognozuje, że jeszcze przed końcem lat 20. XXI w. rozwinie się technologia angażująca w proces żywienia nanoroboty. Zgodnie z nią substancje odżywcze będą wprowadzane bezpośrednio do krwiobiegu przez specjalne metaboliczne nanoroboty, a czujniki umieszczone w naszym krwiobiegu i ciele będą za pośrednictwem komunikacji bezprzewodowej podawać informacje w zakresie substancji niezbędnych w danej chwili. Produkty przemiany materii będą zaś usuwane z organizmu za pośrednictwem nanorobotów do wydalania. Dzięki takiemu systemowi będziemy mogli jeść co chcemy, przy jednoczesnym dopływie optymalnych substancji odżywczych. Taki scenariusz, jakkolwiek interesujący, wydaje się być jednak dość odległy, przynajmniej w kontekście jego powszechnego zastosowania.

Co zatem wydarzy się w bliższej przyszłości?

Ja stawiam na wszelkiego rodzaju alternatywy dla mięsa, na czele z mięsem wyhodowanym komórkowo, insektami i żywnością roślinną do złudzenia przypominającą mięso w swoim smaku i teksturze (kto nie próbował – polecam gorąco np. qurczaka albo kebab z seitanem w Krowarzywa). Produkty tego rodzaju były też jednym z głównych tematów dyskusji podczas arcyciekawego Festiwalu Przemiany w Centrum Nauki Kopernik pn. “Apetyt i apatia” (festiwal odbył się na początku października br.) i pomyślałam, że warto byłoby napisać kilka słów na temat tego, jak dzisiaj prawo podchodzi do takiego “mięsa przyszłości”.

Nowa żywność (novel food)

Tak właśnie prawo definiuje większość innowacji na rynku spożywczym. A co dokładnie oznacza “novel food”? Tu prawodawstwo unijne wprowadza dosyć ciekawe domniemanie, tj. za “nowe” uznaje wszystko to, co nie było w znacznym stopniu spożywane w Unii Europejskiej przed 15 maja 1997 r. i jednocześnie wpisuje się w jedną z dziesięciu kategorii. Do kategorii tych należy m.in. żywność składająca się, wyekstrahowana lub produkowana z kultury komórkowej lub kultury tkankowej pochodzącej od zwierząt. Będzie to więc właśnie tzw. mięso in vitro (nazywane przez niektórych także “czystym mięsem”, ze względu na odciążenie środowiska i niwelowanie cierpienia zwierząt, jakie wiąże się z taką produkcją; pisałam o tym już kilka słów tu.) Produkt, który klasyfikuje się jako “novel food” może być wprowadzony na rynek tylko po przejściu odpowiedniej procedury unijnej, a inaczej mówiąc – po zatwierdzeniu przez Komisję Europejską. Kwestie te dokładnie reguluje obecnie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2015/2283 z dnia 25 listopada 2015 r. w sprawie nowej żywności.

Żywność genetycznie modyfikowana (GMO)

Pamiętać też należy o zastosowaniu w branży spożywczej osiągnięć biotechnologii, a dokładnie inżynierii genetycznej. Jeśli bowiem mamy do czynienia z produktem kwalifikowanym jako GMO, tj. “organizmem z wyjątkiem istoty ludzkiej, w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób, nie zachodzący w warunkach naturalnych w skutek krzyżowania i/lub naturalnej rekombinacji” (np. w wyniku techniki rekombinacji kwasów nukleinowych), to zastosowanie znajdą tu nieco inne regulacje, a dokładnie Rozporządzenie (WE) NR 1829/2003 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 września 2003 r. w sprawie genetycznie zmodyfikowanej żywności i paszy. Taka żywność również przed wprowadzeniem do obrotu musi uzyskać odpowiednie zezwolenie Komisji Europejskiej.

Bardzo ciekawym “nie-mięsnym” przykładem takiego genetycznie udoskonalanego produktu jest burger firmy Impossible Foods, zawdzięczający swoje łudzące podobieństwo do wołowiny (w smaku, zapachu i wyglądzie) roślinnemu związkowi hemu. W USA można spróbować już tego burgera np. w sieci restauracji Burger King.

Czyste mięso dotarło już także do Polski!

Mięso z kurczaka wyhodowane komórkowo na liściu szpinaku zaprezentowane zostało w ramach Festiwalu Przemiany jako wynik prac laboratorium biologicznego Centrum Nauki Kopernik pod kierownictwem Stanisława Łoboziaka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Próbował je m.in. mój wspólnik – Daniel Szostek – który doznanie to skomentował jako: “neutralne w smaku”, przy czym dodał, że “miałem mniej oporów niż przed zjedzeniem świerszcza”. Ja smażonego świerszcza także próbowałam. Był chrupiący jak chipsy. Natomiast zacznie więcej oporów wzbudziły we mnie grillowane jedwabniki.

I na koniec ciekawostka. Czy wiecie, że niektóre rodzaje insektów (much i świerszczy), które są znakomitym źródłem białka, zostały prawnie uznane za “zwierzęta gospodarskie”?

 

 

 

Nowa ustawa o (nie)marnowaniu żywności

Agnieszka Szymecka-Wesołowska12 września 2019Komentarze (0)

W końcu nadeszła długo wyczekiwana chwila – 19 lipca 2019 r. pojawiła się ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Jak wiemy, problem food waste to ogromne wyzwanie wysoko rozwiniętych gospodarek (paradoksalnie przy wciąż istniejącym zjawisku głodu i niedożywienia w wielu miejscach świata).

Z szacunków Deloitte wynika, że Polska znajduje się na 5 miejscu wśród państw Unii Europejskiej, w których marnuje się najwięcej żywności. Eurostat szacuje tu nawet 9 mln ton wyrzucanego jedzenia rocznie (co stanowi ok 235 kg/rok w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca Polski).

Jak nowa ustawa walczy z tym problemem?

Połowicznie, ponieważ dotyka tylko etapu dystrybucji (hurtowej i detalicznej). Nowe obowiązki będą dotyczyć wyłącznie wielkopowierzchniowych placówek handlowych (najpierw tych o powierzchni sprzedaży przekraczającej 400m2, w których przychód uzyskany ze sprzedaży żywności wynosi min. 50%, a za dwa lata także tych o powierzchni sprzedaży powyżej 250m2). Problem marnowania żywności jest natomiast znacznie szerszy. Dotyczy także produkcji, przetwórstwa i gastronomii, o gospodarstwach domowych nie wspominając a to właśnie one – wedle raportu „Food waste data set for EU-28” opracowanego przez EU Fusion dla Komisji Europejskiej – są źródłem 53% marnotrawienia żywności (kto nigdy nie wyrzucił jedzenia – niech pierwszy rzuci kamieniem…). Na drugim miejscu plasuje się przetwórstwo (19%), gastronomia (12%), produkcja (11%) i dopiero potem – sprzedaż (5%). Widać więc wyraźnie, że prawodawca zabrał się do sprawy od końca.

Jakie obowiązki ustawa nakłada na sprzedawców?

Obowiązki są trzy:
1. Zawarcie umowy z organizacją pozarządową zajmującą się pomocą społeczną i działalnością charytatywną na bezpłatne dostawy żywności, która nie jest (już) przeznaczona do spożycia ze względu na np. wady opakowań lub jej wyglądu, zbliżający się upływ okresu przydatności do spożycia, przy czym żywność ta musi być bezpieczna (taka ustawa rozumie „żywność marnowaną”);
2. Prowadzenie kampanii edukacyjno-informacyjnych w zakresie racjonalnego żywienia i przeciwdziałania marnotrawieniu żywności (przynajmniej raz w roku przez 2 tygodnie), przy współpracy partnerskiej organizacji pozarządowej;
3. Ponoszenie opłaty za marnowanie żywności, czyli w sytuacji, w której żywność nadająca się do spożycia, ale o obniżonej jakości handlowej jest wycofywana z obrotu i przeznaczana do utylizacji. Sposób obliczenia opłaty można zobaczyć tu: Jak wyliczyć opłatę za marnowanie

Co mnie szczególnie cieszy w ustawie?

Szczególnie w nowej ustawie cieszy mnie zupełnie niepozorna, wydawałoby się mała zmiana, zamieszczona w przepisach końcowych, a mianowicie nowelizacja ustawy Prawo oświatowe. O co dokładnie chodzi? O to, że właśnie do przedszkoli i szkół wchodzi edukacja żywieniowa! Zgodnie z nowelą bowiem, „upowszechnianie wśród dzieci i młodzieży wiedzy o zasadach racjonalnego odżywiania oraz przeciwdziałania marnowaniu żywności” staje się (w końcu)! jednym z podstawowych celów polskiego systemu oświaty!

Czego mi w ustawie zabrakło?

Zabrakło mi nowelizacji jeszcze jednej ustawy, a mianowicie – ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Ta ostatnia – wbrew polityce przeciwdziałania food waste – karze tych, którzy wprowadzają do obrotu żywność zupełnie bezpieczną i o dobrych walorach jakościowych, tylko dlatego, że minęła data minimalnej trwałości (nie mylić z terminem przydatności do spożycia). Pisałam o tym tu już kilka lat temu. Szkoda więc, że prawodawca nie w pełni wykorzystał szansę na uregulowanie także tego aspektu.

Osobom zainteresowanym tematem marnowania żywności polecam gorąco krótki Raport To Good To Go zawierający wiele interesujących danych na temat wypływu marnowania jedzenia na środowisko i o tym jak narzędzia nowych technologii pomagają walczyć z tym zjawiskiem.

Obecność THC w żywności – nowa odsłona

Agnieszka Szymecka-Wesołowska15 lipca 20198 komentarzy

Na rynku produktów z konopi siewnych wiele się dzieje. Z jednej strony produkty te cieszą się coraz większym zainteresowaniem konsumentów (co potwierdza coraz bogatszy asortyment na półkach sklepowych), z drugiej jednak producenci i dystrybutorzy muszą działać z wielką ostrożnością z uwagi na dynamicznie zmieniający się kontekst regulacyjny tych produktów.

Pisałam ostatnio o nowej kwalifikacji ekstraktów z Cannabis sativa L. i produktów pochodnych zawierające kannabinoidy w unijnym rejestrze novel food (wpis można zobaczyć tu). Teraz z kolei przyszedł czas na nowe doniesienia krajowe, które – co ciekawe – można interpretować na korzyść przedsiębiorców.

W zeszłym tygodniu ukazało się stanowisko Komisji ds. Bezpieczeństwa Żywności i Żywienia Rady Sanitarno-Epidemiologicznej, działającej przy Głównym Inspektorze Sanitarnym, dotyczące bezpieczeństwa stosowania produktów na bazie konopi siewnych. Co w mojej ocenie zasługuje na największą uwagę? Podejście Komisji do obecności w produktach THC, czyli tetrahydrokannabinolu.

Przypomnijmy. Zgodnie z ustawą z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii w Polsce na potrzeby przemysłu spożywczego mogą być uprawiane tylko takie gatunki konopi „w których suma zawartości delta-9-tetrahydrokannabinolu oraz kwasu tetrahydrokannabinolowego (kwasu delta-9-THC-2-karboksylowego) w kwiatowych lub owocujących wierzchołkach roślin, z których nie usunięto żywicy, nie przekracza 0,20 % w przeliczeniu na suchą masę”. W domyśle – taka ilość THC nie powinna być uznana za wywołującą negatywne skutki zdrowotne (dodam, że w USA ten limit wynosi 0,3%).

Z przepisów tych można by zatem wnosić, że także w wyrobie końcowym możliwa jest śladowa obecność THC, o ile faktycznie użyty surowiec roślinny spełniał ww. limity. Praktyka administracyjna krajowych organów kontrolnych była dotąd jednak zgoła odmienna. Sanepid stwierdzał, że ponieważ zgodnie z przepisami prawa żywnościowego, substancje psychotropowe (a za takie bezdyskusyjnie uznane jest THC) nie mogą kwalifikować się jako żywność, tym samym THC nie może być w żadnej ilości obecny w środku spożywczym. W konsekwencji inspekcje zlecały badania na całkowitą nieobecność THC, a nie tylko na nieprzekroczenie ww. limitu.

Tutaj na marginesie pozwolę sobie tylko zauważyć, że powyższa argumentacja prawna inspekcji nie jest do końca przekonująca. Wystarczy bowiem wskazać, że także np. zanieczyszczenia (podobnie jak substancje psychotropowe) są wprost wyłączone z definicji środka spożywczego, co jednak w żadnej mierze nie oznacza, że tolerancja dla nich w żywności wynosi 0%. Ba! Mamy nawet przecież osobne przepisy określające dozwolone limity zanieczyszczeń.

Wracając jednak do nowego stanowiska Rady Sanitarno-Epidemiologicznej, szczególną uwagę przykuwa pkt. 3, w którym czytamy, że „W przypadku stwierdzenia w produktach z konopi siewnych tetrahydrokannabinolu (THC) konieczne jest każdorazowe dokonanie oceny ryzyka, na podstawie przyjętej przez EFSA ostrej dawki referencyjnej (ARfD), 1 µg D9-THC/kg m.c.” a w konsekwencji Komisja zaleca „aby wymagania dla zanieczyszczenia THC w produktach wymienionych w pkt 1 wdrożyć do sytemu HACCP”. I dalej: „konieczne jest podjęcie badań mających na celu wdrożenie akredytowanych metod analitycznych oraz monitorowanie poziomów tetrahydrokannabinoli i innych kanabinoidów w środkach spożywczych, w tym w suplementach diety.”

Widać zatem wyraźnie, że praktykowana dotąd automatyczna „zasada 0 tolerancji” dla THC przestanie mieć już zastosowanie, a jakiekolwiek wykrycie THC w produktach na bazie konopi siewnych będzie wymagało osobnej i pogłębionej analizy.