Agnieszka Szymecka-Wesołowska

dr nauk prawnych

Food law to moja praca i pasja. Na co dzień pomagam producentom, przetwórcom i dystrybutorom żywności odnaleźć się w otoczeniu regulacyjnym rynku spożywczego. A wszystko to, by żywność na naszych stołach była zdrowa, dobrej jakości i służyła konsumentom.
[Więcej >>>]

Skontaktuj się

Nowa ustawa o (nie)marnowaniu żywności

Agnieszka Szymecka-Wesołowska12 września 2019Komentarze (0)

W końcu nadeszła długo wyczekiwana chwila – 19 lipca 2019 r. pojawiła się ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Jak wiemy, problem food waste to ogromne wyzwanie wysoko rozwiniętych gospodarek (paradoksalnie przy wciąż istniejącym zjawisku głodu i niedożywienia w wielu miejscach świata).

Z szacunków Deloitte wynika, że Polska znajduje się na 5 miejscu wśród państw Unii Europejskiej, w których marnuje się najwięcej żywności. Eurostat szacuje tu nawet 9 mln ton wyrzucanego jedzenia rocznie (co stanowi ok 235 kg/rok w przeliczeniu na statystycznego mieszkańca Polski).

Jak nowa ustawa walczy z tym problemem?

Połowicznie, ponieważ dotyka tylko etapu dystrybucji (hurtowej i detalicznej). Nowe obowiązki będą dotyczyć wyłącznie wielkopowierzchniowych placówek handlowych (najpierw tych o powierzchni sprzedaży przekraczającej 400m2, w których przychód uzyskany ze sprzedaży żywności wynosi min. 50%, a za dwa lata także tych o powierzchni sprzedaży powyżej 250m2). Problem marnowania żywności jest natomiast znacznie szerszy. Dotyczy także produkcji, przetwórstwa i gastronomii, o gospodarstwach domowych nie wspominając a to właśnie one – wedle raportu „Food waste data set for EU-28” opracowanego przez EU Fusion dla Komisji Europejskiej – są źródłem 53% marnotrawienia żywności (kto nigdy nie wyrzucił jedzenia – niech pierwszy rzuci kamieniem…). Na drugim miejscu plasuje się przetwórstwo (19%), gastronomia (12%), produkcja (11%) i dopiero potem – sprzedaż (5%). Widać więc wyraźnie, że prawodawca zabrał się do sprawy od końca.

Jakie obowiązki ustawa nakłada na sprzedawców?

Obowiązki są trzy:
1. Zawarcie umowy z organizacją pozarządową zajmującą się pomocą społeczną i działalnością charytatywną na bezpłatne dostawy żywności, która nie jest (już) przeznaczona do spożycia ze względu na np. wady opakowań lub jej wyglądu, zbliżający się upływ okresu przydatności do spożycia, przy czym żywność ta musi być bezpieczna (taka ustawa rozumie „żywność marnowaną”);
2. Prowadzenie kampanii edukacyjno-informacyjnych w zakresie racjonalnego żywienia i przeciwdziałania marnotrawieniu żywności (przynajmniej raz w roku przez 2 tygodnie), przy współpracy partnerskiej organizacji pozarządowej;
3. Ponoszenie opłaty za marnowanie żywności, czyli w sytuacji, w której żywność nadająca się do spożycia, ale o obniżonej jakości handlowej jest wycofywana z obrotu i przeznaczana do utylizacji. Sposób obliczenia opłaty można zobaczyć tu: Jak wyliczyć opłatę za marnowanie

Co mnie szczególnie cieszy w ustawie?

Szczególnie w nowej ustawie cieszy mnie zupełnie niepozorna, wydawałoby się mała zmiana, zamieszczona w przepisach końcowych, a mianowicie nowelizacja ustawy Prawo oświatowe. O co dokładnie chodzi? O to, że właśnie do przedszkoli i szkół wchodzi edukacja żywieniowa! Zgodnie z nowelą bowiem, „upowszechnianie wśród dzieci i młodzieży wiedzy o zasadach racjonalnego odżywiania oraz przeciwdziałania marnowaniu żywności” staje się (w końcu)! jednym z podstawowych celów polskiego systemu oświaty!

Czego mi w ustawie zabrakło?

Zabrakło mi nowelizacji jeszcze jednej ustawy, a mianowicie – ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Ta ostatnia – wbrew polityce przeciwdziałania food waste – karze tych, którzy wprowadzają do obrotu żywność zupełnie bezpieczną i o dobrych walorach jakościowych, tylko dlatego, że minęła data minimalnej trwałości (nie mylić z terminem przydatności do spożycia). Pisałam o tym tu już kilka lat temu. Szkoda więc, że prawodawca nie w pełni wykorzystał szansę na uregulowanie także tego aspektu.

Osobom zainteresowanym tematem marnowania żywności polecam gorąco krótki Raport To Good To Go zawierający wiele interesujących danych na temat wypływu marnowania jedzenia na środowisko i o tym jak narzędzia nowych technologii pomagają walczyć z tym zjawiskiem.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: +48 606 107 400e-mail: biuro@food-law.pl

Obecność THC w żywności – nowa odsłona

Agnieszka Szymecka-Wesołowska15 lipca 20198 komentarzy

Na rynku produktów z konopi siewnych wiele się dzieje. Z jednej strony produkty te cieszą się coraz większym zainteresowaniem konsumentów (co potwierdza coraz bogatszy asortyment na półkach sklepowych), z drugiej jednak producenci i dystrybutorzy muszą działać z wielką ostrożnością z uwagi na dynamicznie zmieniający się kontekst regulacyjny tych produktów.

Pisałam ostatnio o nowej kwalifikacji ekstraktów z Cannabis sativa L. i produktów pochodnych zawierające kannabinoidy w unijnym rejestrze novel food (wpis można zobaczyć tu). Teraz z kolei przyszedł czas na nowe doniesienia krajowe, które – co ciekawe – można interpretować na korzyść przedsiębiorców.

W zeszłym tygodniu ukazało się stanowisko Komisji ds. Bezpieczeństwa Żywności i Żywienia Rady Sanitarno-Epidemiologicznej, działającej przy Głównym Inspektorze Sanitarnym, dotyczące bezpieczeństwa stosowania produktów na bazie konopi siewnych. Co w mojej ocenie zasługuje na największą uwagę? Podejście Komisji do obecności w produktach THC, czyli tetrahydrokannabinolu.

Przypomnijmy. Zgodnie z ustawą z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii w Polsce na potrzeby przemysłu spożywczego mogą być uprawiane tylko takie gatunki konopi „w których suma zawartości delta-9-tetrahydrokannabinolu oraz kwasu tetrahydrokannabinolowego (kwasu delta-9-THC-2-karboksylowego) w kwiatowych lub owocujących wierzchołkach roślin, z których nie usunięto żywicy, nie przekracza 0,20 % w przeliczeniu na suchą masę”. W domyśle – taka ilość THC nie powinna być uznana za wywołującą negatywne skutki zdrowotne (dodam, że w USA ten limit wynosi 0,3%).

Z przepisów tych można by zatem wnosić, że także w wyrobie końcowym możliwa jest śladowa obecność THC, o ile faktycznie użyty surowiec roślinny spełniał ww. limity. Praktyka administracyjna krajowych organów kontrolnych była dotąd jednak zgoła odmienna. Sanepid stwierdzał, że ponieważ zgodnie z przepisami prawa żywnościowego, substancje psychotropowe (a za takie bezdyskusyjnie uznane jest THC) nie mogą kwalifikować się jako żywność, tym samym THC nie może być w żadnej ilości obecny w środku spożywczym. W konsekwencji inspekcje zlecały badania na całkowitą nieobecność THC, a nie tylko na nieprzekroczenie ww. limitu.

Tutaj na marginesie pozwolę sobie tylko zauważyć, że powyższa argumentacja prawna inspekcji nie jest do końca przekonująca. Wystarczy bowiem wskazać, że także np. zanieczyszczenia (podobnie jak substancje psychotropowe) są wprost wyłączone z definicji środka spożywczego, co jednak w żadnej mierze nie oznacza, że tolerancja dla nich w żywności wynosi 0%. Ba! Mamy nawet przecież osobne przepisy określające dozwolone limity zanieczyszczeń.

Wracając jednak do nowego stanowiska Rady Sanitarno-Epidemiologicznej, szczególną uwagę przykuwa pkt. 3, w którym czytamy, że „W przypadku stwierdzenia w produktach z konopi siewnych tetrahydrokannabinolu (THC) konieczne jest każdorazowe dokonanie oceny ryzyka, na podstawie przyjętej przez EFSA ostrej dawki referencyjnej (ARfD), 1 µg D9-THC/kg m.c.” a w konsekwencji Komisja zaleca „aby wymagania dla zanieczyszczenia THC w produktach wymienionych w pkt 1 wdrożyć do sytemu HACCP”. I dalej: „konieczne jest podjęcie badań mających na celu wdrożenie akredytowanych metod analitycznych oraz monitorowanie poziomów tetrahydrokannabinoli i innych kanabinoidów w środkach spożywczych, w tym w suplementach diety.”

Widać zatem wyraźnie, że praktykowana dotąd automatyczna „zasada 0 tolerancji” dla THC przestanie mieć już zastosowanie, a jakiekolwiek wykrycie THC w produktach na bazie konopi siewnych będzie wymagało osobnej i pogłębionej analizy.

 

 

 

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: +48 606 107 400e-mail: biuro@food-law.pl

Ważą się losy ekstraktów z konopi (CBD)

Agnieszka Szymecka-Wesołowska01 marca 201911 komentarzy

Produkty na bazie konopi siewnych podbijają sklepy spożywcze i serca konsumentów. Nikogo już nie dziwi obecność na półce sklepowej oleju z konopi czy ciasteczek z mąki konopnej i rzadko kto dopytuje, czy aby na pewno taki produkt jest legalny. Gdyby jednak ktoś miał jeszcze wątpliwość, potwierdzam – to produkty całkowicie legalne.

Mówimy tutaj o wyrobach z nasion konopi siewnych (Cannabis Sativa L.), których uprawa – zgodnie z ustawą z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii jest dozwolona m.in. na potrzeby przemysłu spożywczego. Są to konopie, w których zawartość THC (tetrahydrokannabinolu) w kwiatowych lub owocujących wierzchołkach roślin nie przekracza 0,2 % w przeliczeniu na suchą masę. A przypomnijmy – THC to substancja psychoaktywna, główny składnik „marihuany”, której stosowanie jest zabronione.

O ile jednak z prawnego punktu z produktami na bazie wspomnianych nasion z konopi nie ma większych problemów, o tyle już pytania rodzą się w odniesieniu do produktów pozyskanych z innych części rośliny, w szczególności z kwiatostanów, liści i łodyg. W ostatnim czasie światła reflektorów (a dokładniej reflektorów prawodawcy) skierowały się zaś szczególnie na ekstrakty z konopi, a dokładniej na oleje z kannabidiolem CBD.

Image by Wild0ne on Pixabay

Dlaczego CBD jest na cenzurowanym?

 

Wszystko rozbija się o unijną regulację dotyczącą tzw. nowej żywności (novel food). W dużym uproszczeniu, zgodnie z rozporządzeniem nr 2015/2283, nową żywność stanowią takie produkty, których nie stosowano w znacznym stopniu w Unii do spożycia przez ludzi przed dniem 15 maja 1997 r. Mogą to być np. całe rośliny jak i ekstrahowane z nich substancje. Takie produkty mogą być wprowadzane do obrotu dopiero po potwierdzeniu ich bezpieczeństwa i zatwierdzeniu w odpowiedniej procedurze. Jeśli jednak producent ma dowody, że dana żywność czy składniki były stosowane przed 1997 r., ich sprzedaż nie podlega zatwierdzeniu i może odbywać się swobodnie.

Historia stosowania nasion z konopi siewnych jest dobrze znana i udokumentowana. Nikt nie kwestionuje więc wprowadzenia na rynek pochodzących z nich produktów. Więcej „problemów dowodowych” mają jednak kannabinoidy, w tym CBD.

Zgodnie ze zmienionym niedawno statusem w unijnym katalogu novel food: „ekstrakty z Cannabis sativa L. i produkty pochodne zawierające kannabinoidy są uważane za nową żywność, ponieważ historia konsumpcji nie została wykazana. Dotyczy to zarówno samych ekstraktów, jak i wszelkich produktów, do których są dodawane jako składnik (np. Olej z nasion konopi). Dotyczy to również ekstraktów z innych roślin zawierających kanabinoidy. Syntetyczne otrzymane kanabinoidy są uważane za nowe”. Możliwość wprowadzenia do obrotu tych produktów zależy zatem od pozytywnego zakończenia procedury zatwierdzającej.

Obecnie losy CBD spoczywają w rękach EFSA (Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności), który proceduje właśnie wniosek o zatwierdzenie CBD jako składnika suplementów diety dla osób dorosłych z dziennym zalecanym spożyciem do 130 mg. Opinia EFSA ma pojawić się już w marcu tego roku. Jeśli będzie pozytywna, Komisja przypuszczalnie wyda odpowiednie rozporządzenie zezwalające na użycie CBD w suplementach diety i problem zostanie rozwiązany.

CBD za oceanem

 

Z prawną regulacją CBD mierzy się obecnie nie tylko Europa. Także w Stanach Zjednoczonych temat jest ostatnio bardzo gorący. Pod koniec 2018 r. został przyjęty „2018 Fam Bill”, który zmienił dotychczasowy status prawny konopi (hemp). Dotąd, konopie (z nielicznymi wyjątkami) były kwalifikowane jako tzw. „substancje kontrolowane” i podlegały agencji Drug Enforcement Agency (DEA) – rozsławionej w Polsce ostatnio dzięki takim serialom jak „Narcos” czy „Breaking Bad” 😉. Nowa regulacja wycofała zaś ten status, dzięki czemu uchyliła drzwi do stosowania CBD w suplementach diety. Rozstrzygający głos w tym zakresie należy jednak teraz do FDA (Food and Drug Administration), która może te drzwi całkowicie otworzyć. Pozostaje jednak jeszcze tylko jeden mały problem.

Image by GDJ on Pixabay

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O ile Europa potrzebuje dowodu, że CBD było stosowane na jej obszarze w znacznym stopniu do spożycia przed 1997 r., o tle w Stanach zasadniczo wyklucza się możliwość stosowania danego składnika w suplementach diety, jeśli był on przedmiotem badań klinicznych jako produkt leczniczy, zanim został użyty w żywności lub w suplemencie diety. Klauzula ta nazywa się „IND preculsion”. Takie badania były zaś prowadzone w Stanach dla leku z CBD „Epidolex” wytwarzanego przez GW Pharmaceuticals.

Sprawa nie jest jednak wcale przesądzona. FDA wyraźnie mówi, że zainteresowane podmioty mogą przedstawić agencji odpowiednie dowody obalające „IND preculsion” (np. w zakresie czasu prowadzenia badań przez GW Pharmaceuticals, rodzaju tych badań czy samej substancji będącej przedmiotem tych badań). Poza tym, amerykańskie regulacje dają FDA w wyjątkowych sytuacjach kompetencję także do zatwierdzenia danej substancji jako składnika żywności lub suplementu diety, nawet jeśli jest ona objęta ww. klauzulą. Biorąc zaś pod uwagę niedawne wypowiedzi szefa agencji, nie wyklucza on także takiej ewentualności [*]

Jak więc widać, unijna branża producentów ekstraktów z konopi nie jest odosobniona w swojej walce o byt. Przed takim samym wyzwaniem stoją także ich amerykańscy koledzy. Kto i kiedy zatwierdzi CBD jako składnik żywności może w dużym stopniu zdeterminować dalsze losy rynku i jego konkurencyjności, a także wpłynąć dostępność na tych produktów dla konsumentów. Stawka jest więc wysoka.

 

Ps. Na temat konopi miałam okazję mówić także w Jedynce Polskiego Radia. Audycja jest dostępna tu.

[*] Opracowane na podstawie Natural Products Insider by Megan Olsen

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: +48 606 107 400e-mail: biuro@food-law.pl

Bez GMO – nowe reguły na etykiecie

Agnieszka Szymecka-Wesołowska20 lutego 20195 komentarzy

Od lat producenci borykają się z pytaniem: “Co to znaczy BEZ GMO?“. Kiedy takie oznaczenie można stosować? Co to właściwie oznacza? Kwestia ta do tej pory nie była uregulowana wprost, ale na początku lutego br. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy w tym temacie, który określa szczegółowe zasady stosowania tego hasła. Jak się okazuje – jeśli projekt ustawy zostanie przyjęty w obecnym kształcie – hasłem “bez GMO” będą mogły być znakowane także produkty… troszkę jednak z GMO.

Jak to możliwe?

Na początek może dwa słowa wprowadzenia.

  • oznaczenie “bez GMO będzie mogło być użyte w stosunku do produktów pochodzenia roślinnego, które nie zawierają, nie składają się ani nie zostały wyprodukowane z GMO a jednocześnie na rynku mają swój genetycznie modyfikowany odpowiednik (czyli przykładowo takie hasło będzie mogło pojawić się na puszce kukurydzy, bo zgodnie z prawem unijnym kukurydza GMO została dopuszczona, ale nie będzie można oznaczyć w ten sposób np. puszki groszku, bo póki co groszek GMO nie został wpisany do unijnego rejestru). Jest to słuszne rozwiązanie, ponieważ oznaczenie “bez GMO” na puszce groszku (marchewce, soku z pomidora czy truskawce) mogłoby sugerować konsumentowi, że na rynku są dostępne takie produkty w wersji z GMO a jest to nieprawdą.
  • w stosunku do produktów pochodzenia zwierzęcego (np. na mleku, jajach czy wędlinie) używane będzie  hasło “wyprodukowane bez stosowania GMO” (o ile w hodowli nie będą stosowane pasze GMO a producent to udokumentuje), ponieważ zgodnie z obecnym stanem wiedzy zmodyfikowane DNA paszy, którą karmione są zwierzęta hodowlane nie przechodzi do organizmu zwierzęcego, a w konsekwencji każdy taki wyrób jest wolny od GMO; konsumenta może interesować jednak samo użycie GMO w procesie produkcji a nie tylko faktyczna zawartość takiego DNA w produkcie, stąd też właśnie taki bardziej rozbudowany komunikat słowny.

I gdyby na tym regulacja się kończyła, sprawa byłaby w miarę prosta. Tak jednak nie jest, ponieważ projekt przewiduje kilka ciekawych wyjątków, kiedy to nawet stosowanie GMO w procesie produkcji, pozwala mimo wszystko na użycie wyżej wspomnianych haseł. Przyjrzyjmy się tym wyjątkom bliżej.

Po pierwsze, hasło “wyprodukowane bez stosowania GMO” będzie mogło pojawić się na mleku, jajach czy mięsie pochodzącym od zwierząt, które nie tylko leczono genetycznie modyfikowanymi lekami (i na to pełna zgoda!), ale także skarmiano genetycznie modyfikowanymi materiałami paszowymi czy dodatkami paszowymi a także stosowano pomoce przetwórcze GMO, jeśli “ich stosowanie było konieczne”, a materiały paszowe “były niedostępne w innej formie”. Projekt nie precyzuje jednak, co należy rozumieć pod pojęciem “konieczne” oraz “niedostępne”, do jakich sytuacji to się odnosi ani jak producent powinien wykazać, że zrobił wszystko co w jego mocy, by obyć się bez takich materiałów i środków (w końcu produkt ma być promowany na rynku jako wolny od GMO). W uzasadnieniu czytamy tylko, że: “istnieją sytuacje, w których wyłączenie z procesu żywności lub pasz środków, które powstały przy udziale GMO mogłoby zablokować dalszą produkcję żywności“.

Po drugie, zakaz użycia paszy GMO w karmieniu zwierząt hodowlanych dotyczyć będzie tylko okresów karencji. Innymi słowy hasło “wyprodukowane bez stosowania GMO” będzie dozwolone w przypadku mięsa czy mleka pochodzącego od zwierząt, które tylko w pewnym okresie przed ubojem nie były karmione paszą GMO. Przed tym okresem skarmianie paszą GMO będzie jak najbardziej dozwolone.

Po trzecie, wyjątki dotyczą także produktów pochodzenia roślinnego. Jako “bez GMO” będą mogły być bowiem sprzedawane także produkty, w których zastosowano genetycznie modyfikowane substancje dodatkowe, dodatki procesowe , aromaty lub enzymy, a to w sytuacji, gdy były one “niedostępne w innej formie” a ich stosowanie było konieczne.

Po czwarte, produkt – czy to zwierzęcy czy roślinny – może być oznaczony jako “wolny od GMO”, jeśli w produkcie występuje zmodyfikowane DNA na poziomie 0,1%, a obecność ta wynika z nieuniknionego technicznie zanieczyszczenia.

Mam więc wątpliwość, czy procedowany projekt ustawy rzeczywiście daje konsumentom szansę bycia poinformowanym w sposób rzetelny, a producentom rzeczywiście stwarza warunki równej konkurencji.

 

Sprawę komplikuje jeszcze fakt, że ustawa z dnia 22 lipca 2006 r. o paszach już od dawna przewiduje całkowity zakaz stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego. Zakaz ten jednak jest martwy, ponieważ nie wszedł jeszcze w życie. Pierwotnie miał on być stosowany od 2008 r., ale od tamtej pory, średnio co dwa lata, prawodawca przedłuża jego vacatio legis.

Tak więc także z tego punktu widzenia można powiedzieć, że teoretycznie jest “bez GMO”, ale praktycznie jest z GMO 🙂

O  tej kwestii mówiłam też ostatnio w audycji “Agro-Fakty” Polskiego Radia. Serdecznie zapraszam do jej wysłuchania!

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: +48 606 107 400e-mail: biuro@food-law.pl

„Bez sztucznych barwników” na etykiecie

Agnieszka Szymecka-Wesołowska08 lutego 2019Komentarze (0)

Jeśli jesteś konsumentem, oznaczenie „bez sztucznych barwników” na etykiecie produktu spożywczego zapewne szczególnie Cię nie dziwi. Jeśli jednak jesteś producentem – wiesz, że jest to hasło, które nie podoba się inspekcjom kontrolnym. Dlaczego? Ha….. I tu się zaczyna cała prawnicza zabawa.

Praktyka inspekcji

Zdaniem inspekcji kontrolnych (być może nie wszystkich) oznaczenie „bez sztucznych barwników” jest niezgodne z przepisami, ponieważ:

  • zgodnie z definicją „barwników” zawartą w rozporządzeniu nr 1333/2008 w sprawie substancji dodatkowych, prawo nie rozróżnia barwników na „sztuczne” i „naturalne”; definicja ta stanowi: „“barwniki” to substancje nadające lub przywracające żywności barwę, obejmujące naturalne składniki żywności i naturalne źródła, które w normalnych warunkach ani nie są same spożywane jako żywność ani nie są stosowane jako typowe składniki żywności. W rozumieniu niniejszego rozporządzenia barwnikami są preparaty uzyskane ze środków spożywczych i innych jadalnych surowców naturalnych uzyskanych poprzez fizyczną lub chemiczną ekstrakcję, której efektem jest selektywna ekstrakcja pigmentów względem składników odżywczych lub aromatycznych”;
  • skoro zatem nie ma podziału na barwniki sztuczne i naturalne, to hasło „bez sztucznych barwników” należy uznać za wprowadzające w błąd poprzez sugerowanie, że produkt ma szczególne właściwości podczas gdy wszystkie podobne produkty mają takie właściwości (bo rzekomo we wszystkich innych produktach mogą być obecne tylko barwniki naturalnego pochodzenia);
  • co więcej, skoro – cytuję – „w przepisach dotyczących barwników ustawodawca nie dokonał podziału na barwniki naturalne i sztuczne to oznacza, iż takie rozgraniczenie nie istnieje”.

Uważam, że każdy z ww. argumentów może zostać obalony.

W zakresie definicji wystarczy spojrzeć do innych wersji językowych rozporządzenia nr 1333/2008 a w zakresie tego, czy barwniki mogą być naturalne i sztuczne (czyli otrzymane w wyniku syntezy chemicznej) wystarczy spojrzeć do wykazu dozwolonych barwników zamieszczonych w załączniku II rozporządzenia nr 1333/2008 i poprosić o komentarz znajomego chemika.

Są tam wymienione chociażby: tartrazyna (E102), żółcień chinolinowa (E104), żółcień pomarańczowa FCF (E110), azorubina (E122), amarant (E123), czerwień koszenilowa A (E124), czerwień allura (E129), błękit patentowy V (E131), indygokarmin (E132), błękit brylantowy FCF (E133) czy czerń brylantowa BN (E151). Te barwniki nie rosną raczej na drzewach.

Muszę dodać, że powyższa kwestia była przedmiotem postępowania sądowego, którą zajmowaliśmy się w Centrum Prawa Żywnościowego. Niestety Wojewódzki Sąd Administracyjny nie podzielił naszego stanowiska. A ja żałuję, że producent nie zdecydował się na skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, bo wierzę, że sprawa przed NSA mogłaby potoczyć się inaczej (tak jak to było np. w przypadku makaronu z kurkumą).

Dlaczego o tym piszę?

Dlatego, że z jednej strony inspekcje nakazują rezygnację z informowania konsumentów, że w produkcie nie ma „sztucznych barwników”, a z drugiej w styczniowym raporcie NIK, czytamy m.in.:

  • wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniono barwniki spożywcze, szczególnie syntetyczne (m.in. E 123, E110, E 122)”;
  •  „Według alergologów najczęściej dochodzi do tych objawów w wyniku spożycia barwników spożywczych, szczególnie syntetycznych (…). Część z nich przypomina w działaniu aspirynę, która przy nadwrażliwości prowadzi w organizmie do zwiększonej produkcji prozapalnych leukotrientów (…) istnieje zakaz podawania aspiryny dzieciom poniżej 13 roku życia i to powinno obowiązywać również w przypadku barwników syntetycznych.”;
  • produkty opatrzone w oznakowaniu deklaracją „bez sztucznych barwników” badane były metodą jakościową pozwalającą wykryć samą obecność syntetycznych barwników, bez określania zawartości ww. substancji”;
  • Przeprowadzone w laboratoriach UOKIK analizy dotyczyły m.in. zawartości substancji słodzących, konserwujących, syntetycznych barwników oraz azotynów i azotanów”.

Skoro zatem szczególną uwagę poświęca się właśnie syntetycznym barwnikom (co notabene oznacza, że jednak istnieją!), to dlaczego konsument nie miałby się dowiedzieć o braku ich obecności w danym produkcie? Dlaczego informacja o braku zastosowania tego rodzaju dodatków miałaby wprowadzać konsumenta w błąd? Czy w tym wypadku zbyt wąska i literalna wykładnia przepisów organów urzędowej kontroli żywności nie ogranicza prawa konsumentów do szerokiej i rzetelnej informacji?

Post scriptum: Dla zainteresowanych raportem NIK ws. dodatków polecam także:

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: +48 606 107 400e-mail: biuro@food-law.pl